Katastrofa

Marta przez trzy lata była zupełnie niewidoczna. Kujonka w okularach, stojąca na przerwach gdzieś z boku, by po lekcjach szybko zniknąć wszystkim z oczu. Ale pod koniec trzeciej klasy coś się zaczęło zmieniać. Kamil jakoś przegapił ten okres transformacji, kiedy zakwitła i jej rysy i sylwetka z dziewczęcych stawały się coraz bardziej kobiece. Kiedy jednak po raz pierwszy przyszła do szkoły bez okularów w grubej oprawie nie sposób już było jej nie dostrzec. Zwłaszcza, że zaczęła staranniej się ubierać i obcięła modnie włosy. Kompletnie stracił dla niej głowę. Siedząc nad geometrią łapał się na tym, że rozbiera ją w myślach a bryły z zadań nieuchronnie przybierają kształt jej piersi. Zdał sobie sprawę, że zawsze podobały mu się jej wypracowania odczytywane czasem na polskim. W każdym było coś niebanalnego, a Kamil nie cierpiał podręcznikowych schematów. Czuł, ze łączy ich jakieś powinowactwo dusz. Lubił wyobrażać ich sobie razem w różnych sytuacjach. Ale bał się, że kiedy powie o jedno słowo za dużo, zrobi jakiś nieprzemyślany gest – zepsuje wszystko. Wolał zatem marzyć patrząc na nią każdego szkolnego dnia i napawać się świadomością, że wszystko jest możliwe. Studniówka była darem niebios. Przed pierwszym treningiem poloneza manewrował tak, by znaleźć się tuż przy niej. Kiedy przyszedł moment dobierania w pary, nie dał się wyprzedzić nikomu. To miał być ich wieczór.

Czasy były kryzysowe – nawet jak na standardy realnego socjalizmu. Przygotowania do studniówki stanowiły więc dla całej rodziny nie lada wyzwanie. Rodzice podjęli je jednak ochoczo, tak jakby to oni mieli wyjść na studniówkowy parkiet. Mamie udało się kupić granatowy materiał i po serii nudnych krawieckich przymiarek pierwszy garnitur Kamila został z namaszczeniem umieszczony w szafie. Dużo większym problemem okazały się buty. Sklepowe półki świeciły pustkami. Kiedy w końcu, dzień przed studniówką udało się upolować jakąś w miarę odpowiednia parę, ta po bliższej adjustacji okazała się wadliwa. Nie było rady. Ojciec w akcie desperacji wyruszył na bazar Różyckiego, uzbrojony w patyk odwzorowujący rozmiar Kamilowej stopy. Po dwóch godzinach wrócił triumfujący, trzymając pod pachą zapakowane w papier pudełko. W środku znajdowały się lakierki z zawadiackim szpicem i trzycentymetrowym obcasem. Oglądając je Kamil zdał sobie sprawę, że grozi mu całkowita kompromitacja. Było już jednak za późno.

W sobotnie popołudnie mieszkanie Sosnowskich w śródmiejskim bloku wypełniała odświętna energia oraz zapach olejnej farby z odmalowanego przez ojca parapetu. Domownicy krzątali się wokół Kamila, przeżywając ostatnie przygotowania po stokroć mocniej niż on. Mama pieczołowicie szczotkowała garnitur usuwając jakieś dostrzegalne tylko dla niej pyłki, podczas gdy Kamil ostatkiem sił starał się spacyfikować ojca, próbującego nakłonić go do założenia swojego ulubionego krawata sprzed lat. Krążąca wokół babka, jak zwykle wyrzucała z siebie mnóstwo nikomu niepotrzebnych komentarzy i rad. Tylko Tomek – młodszy brat Kamila – przyjął w tym przedstawieniu rolę widza. A dokładniej – sarkastycznego dziadka z Muppet Show, którego kolejny odcinek właśnie kończył się w „Studio 2”. Kamil był tu przedmiotem – czuł się jak Benjamin Braddock z „Absolwenta” na swym urodzinowym przyjęciu.

Zostało już tylko dziesięć minut do wyjścia, kiedy zdołał w końcu wbić się w garnitur i uwolnić od szczotkującej go bezustannie mamy oraz usiłującego poprawiać mu krawat ojca. Ruszył w kierunku krzesła ślizgając się po dywanie w swych bazarowych lakierkach.

– Nie siadaj bo się opylisz ! – ostrzegawczy okrzyk matki sprawił, że jego pośladki zawisły tuż nad miękkim siedziskiem.

– Podłóżcie mu jakąś gazetę ! – Ojciec podszedł do okna i schylił się po egzemplarz Expressu Wieczornego, leżący jak zwykle na dolnej półce telewizyjnego stolika. Kamil z ulgą klapnął na krzesło. Zaczęło do niego docierać, że już za pół godziny uniesie rękę Marty prowadząc poloneza. Potem zestaw ćwiczonych po lekcjach tańców klasycznych. Kamil nieźle tańczył. Potrafił wczuć się w melodię i rytm. W tańcu nie musiał nic mówić, prowadzić słownych gier, w których nie czuł się pewnie. Po prostu był sobą, chłopakiem prowadzącym pewnie swą partnerkę, która była teraz tylko jego. A on całym sobą mógł wyrażać to co czuje.

– Kamil, już czas – głos matki wyrwał go z zamyślenia. Podniósł się z krzesła i mocno zdziwił obserwując grozę zastygłą na twarzy rodziców. Ciszę przerwał spazmatyczny atak śmiechu Tomka, który zwalił go na podłogę i zaczął wyciskać łzy z oczu.

– Co ty mu za gazetę podłożyłeś ?! – Matka była cała rozdygotana, a ojciec patrzył na Kamila niepewnie. Kamil obejrzał się. „Express Wieczorny” zamiast spoczywać na krześle, uniósł się wraz z jego siedzeniem, przyklejony do perfekcyjnie odprasowanych spodni.

– Bo kto to widział, żeby gazetę po malowaniu odkładać z powrotem na półkę ! – babka wbiła w zięcia oskarżycielskie spojrzenie. Kamil powinien w zasadzie wpaść w panikę, ale zamiast tego też parsknął śmiechem.

– Przestańcie się śmiać, natychmiast ! – matka najwyraźniej nie potrafiła docenić komizmu sytuacji. Kamil chyba nigdy nie widział jej tak zdenerwowanej.

– Ściągaj spodnie, trzeba znaleźć jakiś rozpuszczalnik!  

Poszukiwania rozpuszczalnika nie dały jednak rezultatu. Czas naglił. Jedynym specyfikiem, który zapewniał szybkie i skuteczne usunięcie białej plamy okazały się mocne babcine perfumy.

Kamilowi pozostało piętnaście minut. Biegł po kiepsko odśnieżonych chodnikach mocno ryzykując, bo jego studniówkowe buty ślizgały się niemiłosiernie. Starając się uniknąć upadku co jakiś czas wyrzucał ręce w górę i wykonywał ruchy przypominające taniec świętego Wita. Dotarł do szkoły w ostatniej chwili, spocony i zziajany. Wydawało mu się, że wszyscy przyglądają się jego bazarowym lakierkom i wyczuwają woń babcinych perfum. Kiedy podszedł do Marty cała jego pewność siebie gdzieś się ulotniła. W wieczorowej sukience i dyskretnym makijażu wyglądała niezwykle kobieco.

– Cześć, ładnie wyglądasz – kiedy otworzył usta, miał wrażenie, że znalazł się w stanie śmierci klinicznej. Niby to on mówił, ale całym sobą był obok, jakby obserwując tę scenę z zewnątrz. Całą uwagę skupił na jej reakcji.

– Ty też niczego sobie – uśmiechnęła się. Kamil poczuł jak opuszczają go resztki energii. Starał się postawić stopy tak, żeby ukryć szpice butów wystające spod nogawek, ale efekt był raczej mizerny. Był pewien, że ten uśmiech oznacza kpinę.

Na szczęście dano znak, że czas się ustawiać. Kamil ujął dłoń Marty i po chwili salę gimnastyczną, która tego wieczoru zamieniła się w średniowieczne zamczysko, wypełniły dźwięki poloneza Ogińskiego. Dziewczyny przemienione w księżniczki i chłopcy przeistoczeni w eleganckich mężczyzn ruszyli dostojnie, para za parą. Większość zachowywała grację ruchów, krocząc w rytm muzyki. Ale kilka par wyglądało, jakby właśnie udały się na niedzielny spacer, nie wiedzieć czemu trzymając się za wyciągnięte wprzód ręce. Wszystkie figury zostały wykonane bezbłędnie. Kiedy muzyka ucichła rozległy się oklaski. Nie był to jednak koniec programu obowiązkowego. Przyszedł teraz czas na walc angielski i tango. Na ten moment Kamil czekał szczególnie.

Ujął Martę wpół i ruszyli. Przemierzali lekko parkiet, a Kamil bezbłędnie nawigował pomiędzy innymi parami. Prowadził lekko i z wyczuciem. Co jakiś czas, by zaakcentować melodię niemal zatrzymywał się w miejscu, by po chwili wydłużyć krok i przyspieszyć obrót. Świat wirował wokół nich, a Kamil widział przed sobą tylko jej oczy. Marta była cała skupiona, by utrzymać rytm. Poddawała się władzy Kamila i uśmiech na jej twarzy świadczył, że czuje się z tym dobrze. A jego wypełniała euforia. Wykonał ostatni zwrot obejmując ją mocniej. Przeniósł ciężar ciała na jedną nogę i pochylił się utrzymując zdaną na jego chwyt Martę nad ziemią. Wtedy jednak lakierki pośliznęły się. Kamil stracił równowagę i runął na parkiet razem z uczepioną jego szyi partnerką.

Dodaj komentarz