(Nie)zwyczajny dzień

6:20

Budzik jak zwykle odezwał się w chwili, gdy nieznana piękność zrzucała ręcznik okrywający jej ciało. Marek pomyślał, że powinien w końcu zainteresować się oneironautyką. Być może to jedyny sposób, by wreszcie dośnić ten sen do końca. Sięgnął po smartfona. Była szósta siedemnaście. Zrezygnowany podniósł się z łóżka. Kiedyś, po intensywnej nauce, trzy, cztery godziny snu zupełnie mu wystarczały by zregenerować się przed egzaminem. Teraz pękał mu łeb, serce waliło mocno i miał wrażenie, że zaraz rozpadnie się na kawałki.

Chwycił radio i powlókł się do łazienki. Włączył odbiornik. Zawsze zaczynał dzień przy akompaniamencie najnowszych wiadomości, okraszonych komentarzami wszechwiedzących dziennikarzy. Właśnie jeden z nich bredził coś o gospodarce, zdradzając kompletną ignorancję. Chwilę później jego młoda koleżanka ze swadą pouczała jakiegoś ministra jak powinno się rozwiązywać problemy kraju. Marek szczerze im tej pewności siebie zazdrościł. Nawet jeśli stała za tym zwykła głupota.

Wszedł pod prysznic. Obrazy wczorajszego wieczoru stopniowo powracały. Sawicki wezwał go na 19:30. Cały on. Toksyczny sukinsyn, wyznaczający spotkania o najbardziej nieludzkich porach. Wielki Piotr Sawicki, podziwiany przez wszystkich menedżer. Facet, który kilkanaście lat temu postawił na nogi kilka upadających spółek, a z małego banku zrobił największą instytucję finansową w tej części Europy. Bohater narodowy ery wczesnego kapitalizmu. Kiedyś także jego idol. Zespół Marka przez kilka tygodni pracował nad projektem, który miał być kluczowy dla nowej strategii. Był z nich dumny. Zrobili świetną robotę, jak na tak krótki czas i warunki w których przyszło im pracować. Sawicki miał ją wkrótce przedstawić na posiedzeniu rady nadzorczej. Ostatnio jego gwiazda mocno przyblakła i potrzebował sukcesu, który zapewniłby kolejną kadencję w fotelu prezesa. Marek mógł go zapewnić, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Wszedł do jego gabinetu punktualnie. Zdziwił się, kiedy zobaczył tam także Adama. Chociaż właściwie nie powinien się zdziwić. Poznali się kilka lat temu przy jakimś projekcie. Adam pracował wtedy w consultingu i zrobił na Marku duże wrażenie. Ściągnął go do firmy przed kilkoma miesiącami licząc, że wesprze zespół wyniesioną z Harvardu wiedzą i sporym już doświadczeniem. Ale Adam najwyraźniej wolał grać na siebie. Był dobry – pewnie uznał, że zbyt dobry. Marek zdążył poznać nieufność Sawickiego. Nie miał wątpliwości, że Adam robi tu za jego recenzenta. Przywitali się. Sawicki od razu przeszedł do rzeczy.

– Przestudiowałem wasz projekt. Co to ma w ogóle być ? Przecież wasze prognozy rynku są kompletnie do dupy.

Nie tego się Marek spodziewał. Kątem oka zauważył, że Adam utkwił oczy w ścianie. Znał Sawickiego. Wiedział, że ma minutę. Jeśli w ciągu minuty nie skupi jego uwagi i nie będzie dostatecznie przekonujący, przegra.

– Panie Prezesie, pozwolę sobie mieć inne zdanie, wzięliśmy pod uwagę wszystkie czynniki, zastosowaliśmy unikalną metodę agregacji danych. Z uwagi na wysoką niepewność pokazujemy przedziały, w jakich z określonym prawdopodobieństwem znajdzie się rynek…

– Co mi Pan tu pieprzy o jakichś przedziałach. Ja chcę liczby, jednej liczby, zrozumiał pan? – Marek poczerwieniał. Zrozumiał, że nie ma żadnych szans. Sawicki utkwił w nim wzrok.

– Proszę na jutrzejsze poranne posiedzenie zarządu przeliczyć wszystko jeszcze raz. Skonsultujcie to z panem Majewskim – gestem ręki wskazał na Adama. – Wariat – pomyślał Marek.- Niebezpieczny wariat. Cały zespół dokonywał tych obliczeń przez trzy tygodnie i on dobrze o tym wie.

– T-to… to niemożliwe panie Prezesie.

– Co ? – Sawicki skrzywił się i uniósł brwi. – Jak to niemożliwe !? – podniósł głos.

– Niemożliwe… nie ma już ludzi w pracy. – Markowi było już właściwie wszystko jedno. Chciał tylko jak najszybciej stąd wyjść. Sawicki machnął ręką. Spoglądał teraz na Marka jakby ten był jakimś parszywym śmieciem.

– W takim razie jutro będzie pan tego bronił na zarządzie – wielki paluch Sawickiego z każdym wypowiedzianym słowem rytmicznie wskazywał na papiery rozrzucone na stole, jakby były dowodami jakiejś wyjątkowo ohydnej zbrodni. Ton jakim cedził te słowa nie wróżył niczego dobrego. Audiencja była skończona.

Ostry ból przywrócił Marka do rzeczywistości. W lustrze, widać było jego twarz pokrytą pianką do golenia. Podkrążone oczy zdradzały nieprzespaną noc a ze świeżo odsłoniętego fragmentu policzka spływała strużka krwi. Marek zaklął i sięgnął po watę. Wczoraj po wyjściu od Sawickiego nie mógł się przez dłuższy czas pozbierać. Ale nie miał wyjścia. Musiał wziąć się w garść. Widział jak Sawicki potrafi rozjeżdżać ludzi na zarządach. Przykro było patrzeć jak odziera ich z godności, jak kulą się w sobie i stają się jacyś mniejsi. Nie chodziło tylko o niego. Jego ludzie przez te tygodnie dawali z siebie wszystko. Nie mógłby spojrzeć im w oczy, gdyby ich zawiódł. Nie mówiąc już o patrzeniu na siebie przy goleniu. Siedział nad papierami do czwartej rano. Od jakiegoś czasu był bardziej menedżerem niż specjalistą. Dokładnie studiował więc obliczenia, starał się zrozumieć najdrobniejszy szczegół. Wiedział, że jeśli czegoś zaniedba, będzie niepewny, pozwoli sobie na chwilę zawahania – przegra wszystko.

Skropienie się wodą kolońską zakończyło poranną toaletę. Nie chciało mu się już stawać na wadze. Monika uważała, że ma jakąś obsesję na punkcie odchudzania, ale on wiedział swoje. Do najbliższego triathlonu musi zrzucić jeszcze dwa kilogramy i choćby miał wyglądać jak ofiara głodu w Somalii, zrobi to. Musi dać sobie szansę. Potem niech się dzieje co chce. Monika… Gdyby zostali razem może by się już pozabijali. Marek zrozumiał za późno, że nie może jej stracić. Próbował ją zatrzymać. Odmalował stare meble na tarasie. Zasadził pelargonie których ona tego roku nie zasadziła. Usunął wszystkie chwasty bujnie pleniące się w zaniedbanym ogrodzie. Wymienił w domu wszystkie przepalone żarówki i wyszorował każdy kąt. W kilka dni jej nieobecności zrobił to, co przez długie miesiące powinien był systematycznie robić wzorowy mąż. Potem porozstawiał w każdym z jej miejsc grube bukiety czerwonych róż. Zaopatrzył się też w szkolne akwarelki i na kawałku brystolu namalował śmieszny plakat powitalny. Taki sam jak przed laty, kiedy zgodziła się z nim zamieszkać. Był w końcu gotów rzucić dla niej w cholerę ten deszcz endorfin dających siłę, by przetrwać korporacyjne dni i zabrać ją w podróż, na którą tak długo czekała. Powiedział, że kończy z triathlonem. Chciał udowodnić, że jest najważniejsza. Ale była już zimna jak gad. Zupełnie jakby ktoś podstawił w jej miejsce klona. Był pewien, że to robota jej przyjaciółek i terapeutki, która na pewno wyprała jej mózg kojąc jej ból jego kosztem. Był gotów je wszystkie pozabijać.

Teraz znów wszystko się rozłaziło w tym domu. Marek przyjrzał się szarym zaciekom na szybach i zdał sobie sprawę, że pani od sprzątania nie było już od dwóch tygodni. Zszedł do kuchni. Wypłukująca magnez kawa nie mieściła się w jadłospisie triathlonisty-amatora, ale Marek bardzo jej teraz potrzebował.

10:00

Wieść o wypadkach w gabinecie Sawickiego szybko się rozniosła i już od rana pokój Marka wypełnił się najbliższymi współpracownikami. Wojtek i Ewa zostali poproszeni o asystowanie mu na zarządzie. Reszta miała czekać w gotowości, gdyby potrzebne było wsparcie. Wczorajsze rozdygotanie minęło. Więcej nie mógł zrobić.

Punktualnie o 10:20 Marek podniósł z biurka teczkę z materiałami i po kilku minutach znaleźli się z Wojtkiem i Ewą w windzie zmierzającej na piętro zarządu. O 10:28 zaproszono ich do środka. Dwóch zaprzyjaźnionych wiceprezesów spoglądało na Marka ze współczuciem. A może tak mu się tylko wydawało. Zajęli miejsca naprzeciw. Adam był już na sali kiedy weszli. Siedział z boku z miną pewnego siebie mądrali. Cholerny sukinsyn – pomyślał Marek. Sawicki otworzył materiały.

– Przechodzimy do punktu trzeciego. Jak wiecie, wkrótce musimy przedłożyć radzie nadzorczej naszą nową strategię. Teraz będziemy mieli okazję omówić założenia jej kluczowego elementu. Osobiście uważam, że ten materiał jest słaby, ale kolega Grot ma zdaje się inne zdanie. – spojrzał na Marka jak myśliwy na zwierzynę, którą właśnie postanowił upolować.

Marek wytrzymał spojrzenie Sawickiego. Byli przez moment jak para bokserów przed walką. Sawicki pochylił nieco głowę i Markowi wydawało się, że fałdy skóry na szyi zaznaczały mu się bardziej niż zwykle.

– Tak panie prezesie. Mam inne zdanie! – usłyszał swój własny, mocny głos. Wszyscy, którzy próbowali jeszcze przypomnieć sobie szczegóły tematu, podnieśli teraz wzrok znad papierów spoglądając na niego z zaciekawieniem.

– Uważam, że zrobiliśmy wszystko zgodnie z regułami sztuki. Nasze szacunki…

– Jakie szacunki ? Przecież to kupa gó….

– Proszę pozwolić mi dokończyć ! – wszystkie emocje ostatnich kilkunastu godzin wylały się w tym momencie z Marka i skupiły w tych pełnych determinacji i pewności siebie słowach. Zapadła kompletna cisza. Nikt dotąd tak Sawickiemu nie odpowiedział. Wszyscy skupili się teraz na jego reakcji. Sawicki spojrzał na Marka zdziwiony i… skinął ręką w przyzwalającym geście.

Dyskusja nad projektem trwała rekordowe dwie godziny. Sawicki słuchał cierpliwie, zadając od czasu do czasu spokojne pytania. Wojtek i Ewa tłumaczyli bardziej skomplikowane szczegóły techniczne. Adam siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym w papiery. Opinia dwóch kluczowych członków zarządu była pozytywna. Ale i tak wszystko zależało od Sawickiego. Oczy obecnych skierowane były na niego, jakby był jakimś pieprzonym cezarem, od którego zależy życie gladiatora na arenie.

– Wybronił się pan – powiedział w końcu uśmiechając się krzywo. – Kontynuujcie pracę.

13:20

W gabinecie napięcie zupełnie z Marka zeszło. Wokół znów było tłoczno, bo Wojtek i Ewa z wypiekami na twarzy przekazywali właśnie dobre wieści pozostałym członkom zespołu. Powoli zaczynało do niego docierać, że postawił się Sawickiemu na oczach wszystkich najważniejszych ludzi w firmie. W dodatku Sawicki odpuścił. Nikt wcześniej nie wydostał się spod topora. Na pewno nie w taki sposób.

Marek zastukał w blat biurka. Uciszyło się.

– Daliśmy dziś radę. To sukces was wszystkich. Szczególne podziękowania dla Ewy i Wojtka. Szkoda, że nie widzieliście ich w akcji. Wielkie brawa dla nich – Marek wyciągnął rękę w ich kierunku jak rasowy konferansjer. – Spisaliście się na medal. Ale teraz wszyscy musimy wziąć się do roboty. Nie możemy tego spieprzyć. Został tylko miesiąc na doszlifowanie szczegółów. Obiecaliśmy i dowieziemy ! A po wszystkim będziemy świętować.

Zaczęli się rozchodzić wśród wesołych komentarzy. Tylko Ewa stała nieruchomo nie odrywając od niego wzroku.

– Wierzyłam w Ciebie – powiedziała gdy pokój opustoszał. Podeszła i pocałowała go. Marek uśmiechnął się. Przesunął ręką po jej włosach.

– Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo było mi to dziś potrzebne. Nigdy nie przestawaj proszę. – Przytulił ją, pocałował. Nie lubił wielkich słów, ale czuł, że to dzięki niej jego życie nabrało znowu jakiegoś sensu. Mocował się przez chwilę z bluzką, zanim udało się uwolnić ją ze spodni. Chwilę potem przesuwał dłonie po jej plecach. Cofnęła usta.

– Masz zimne ręce – wyszeptała nie przestając się uśmiechać. Zadzwonił telefon i oboje aż drgnęli przywołani do porządku. Ewa położyła mu palec na ustach.

– Odbierz… wariacie.

14:15

Dzwoniła Maria, asystentka Sawickiego. Miał pilne spotkanie poza firmą i prosił, żeby Marek osobiście odebrał pendrive’a z mocno poufnymi dokumentami dotyczącymi strategii. Marek ją lubił. Nie pasowała do reszty załogi obsługującej zarząd – z reguły młodych dziewczyn, pokrywających zagubienie nadmiarem pewności siebie. Dobrze po pięćdziesiątce, dyskretna i efektowna. Była uosobieniem spokoju i elegancji.

– Miał się z tobą spotkać osobiście, ale musiał pilnie wyjść. Wieczorem wylatuje do Londynu. Nie chciał z tym czekać – pokazała na dokumenty. – Masz być na oficjalnej prezentacji nowego dyrektora zarządzającego. Może być poniedziałek o dziesiątej ?

-Kto ?

-No tak, nie zdążył ci powiedzieć – uśmiechnęła się. – W takim razie ja też nie mogę.

Marek bezwiednie zerknął na stos dokumentów czekających na dostarczenie Sawickiemu. Dostrzegł tam prezentację na temat strategii opatrzoną nazwiskiem Adama. Nieprzyjemne uczucie ścisnęło mu gardło. …nie, tylko nie on.

– Tak, będę oczywiście.

– Słyszałam, że dobrze ci dziś poszło. Chyba zrobiłeś na nim wrażenie – powiedziała ściszonym głosem uśmiechając się tajemniczo.

Marek zmusił się do odwzajemnienia uśmiechu i pokwitował odbiór dokumentacji. Jedna z kopert nie była oznaczona jako poufna. Podniósł ją i skierował wzrok na Marię. Nie zdążyła już zaspokoić jego ciekawości. Zadzwonił właśnie Sawicki, więc nie doczekawszy wyjaśnień Marek skinął jej na pożegnanie i wyszedł.

14:45

System kursowania wind w tym biurowcu od zawsze był dla Marka nierozwiązywalną zagadką. Wszystkie utknęły gdzieś na dobre i spora grupka oczekujących wbijała znudzony wzrok w smartfony starając się na siebie nie patrzeć. Marek zrobił to samo. Nie zdążył jednak zagłębić się w objawy chorobowe buldożki Małgorzaty Rozenek, bo czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. Odwrócił się.

– Gratuluję, jesteś bohaterem dnia – przed nim stał Adam. Jego uśmiech sprawił, że ironia zawarta w tych słowach była dla Marka aż nadto czytelna.

– A ty ? W jakiej roli się obsadziłeś ?

– Ja ? Jestem tylko skromnym statystą. Kiepski ze mnie psycholog, ale nie jestem pewien, czy Sawickiemu twoja krucjata się spodobała. – zbliżył twarz do Marka i ściszył głos.

-To mściwy skurwysyn.

– Sawickiemu? Czy może raczej tobie ? Fałszywy dupku – dodał w myślach. Adam spojrzał zdziwiony ale nie tracił pewności siebie.

– Naprawdę jestem pod wrażeniem. Pełen szacun. Tylko wydaje mi się, że traktujesz to wszystko troszkę zbyt osobiście. To tylko robota Marek. Fabryka. Nic więcej. Wkładasz w to chyba zbyt dużo emocji. To niezdrowe. – Serce zaczynało Markowi bić coraz mocniej.

– Może ty powinieneś zająć się swoim zdrowiem. Strasznie blady siedziałeś na tym zarządzie – przyjechały dwie windy, ale żaden z nich do nich nie wsiadł. Przestrzeń wokół opustoszała.

– Na zdrowie nie narzekam, ale miło, że się tak o mnie troszczysz. – Adam znów się uśmiechał – A tak między nami, ciesz się że Sawicki nie dostrzegł błędu w waszych założeniach. Wojtek próbował Ci na niego zwracać uwagę, ale najwyraźniej byłeś zbyt zajęty żeby go porządnie wysłuchać. To ja podrzuciłem wam pomysł jak te założenia poprawić. Prawda jest taka, że to ja uratowałem ci dupę. To się będzie musiało zmienić Marek.

Teraz już krew łomotała mu w głowie na całego.

 – Tak ? Słuchaj ty cholerny skurwysynu. Siedziałeś tam jak zbity pies. Warujesz przed Sawickim i tylko do tego się nadajesz!

Teraz Adam wyraźnie poczerwieniał. Oddychał ciężko.

– Jeśli chcesz koniecznie wiedzieć – jest więcej rzeczy, które mogą się Sawickiemu nie spodobać – wycedził w końcu. – Wiesz… on i Ewa kiedyś blisko współpracowali. Bardzo blisko. Myślisz, że w wolnych chwilach rozmawiali o pogodzie ? Niektórzy mówią, że nadal bywa u niego w gabinecie. Wydaje ci się, że to ja mu przynosiłem niusy o waszej robocie ? Wiesz co jeszcze mówią ? Że oni niekoniecznie tylko w sprawach strategii się spotykali. Nie wiedziałeś o tym, prawda?

Regularny prawy prosty wylądował na szczęce Adama. Marek w całym swym czterdziestopięcioletnim życiu nigdy nikogo nie uderzył. Teraz jednak patrzył jak głowa Adama odchyla się bezwiednie do tyłu a on przelatuje przez otwierające się drzwi windy, wpadając prosto w objęcia jakiejś delegacji.

– Jesteś skończony palancie! Słyszysz ?! Nie istniejesz już! – zdążył jeszcze usłyszeć Marek nim drzwi windy się zamknęły.

15:30

Kolejne trzy kwadranse Marek spędził za biurkiem wpatrując się nieruchomo w ścianę i przyciskając zmoczoną w zimnej wodzie chustkę do obolałej dłoni. Dzwonił do niej już kilkanaście razy. Komórkę miała wyłączoną. W pokoju jej nie zastał. Podobno już wyszła…

Ocknął się w końcu. Sięgnął po klawiaturę i wybrał adres działu strategii największego ich konkurenta. Otworzył kopertę z napisem „poufne” i włożył pendrive do komputera. Wiedział, że firmowe służby bezpieczeństwa dostarczą jutro na biurko Sawickiego dokładny raport o tym mailu. Świadomość tego sprawiała mu przyjemność.

Koło 16:30 wyjechał na warszawskie ulice przebijając się przez piątkowe korki. Lawirował ryzykownie zmieniając pasy, a kiedy wydostał się na dwupasmówkę wcisnął gaz do dechy. Sylwetki mijanych samochodów malały szybko w lusterku. Za miastem, ścieżką wzdłuż szosy biegło dwóch mężczyzn w profesjonalnie wyglądających strojach. Tempo ich biegu i pasy z bidonami świadczyły, że musiało to być długie wybieganie. Trening, jaki na dzisiejszy wieczór zaplanował Marek.

Koło 17:30 dotarł do domu. Zrobił kanapki, zapadł w miękki fotel i uruchomił pilotem telewizor. Potem wychylił się sięgając do biurowego plecaka po poranną gazetę. Wraz z nią wypadła na stół koperta, jedna z dwóch przekazanych dziś przez Marię. Marek obejrzał ją dokładnie.

19:30

Aneta Kowalska sprzątała u Grotów od kilku lat. Widać było, że z nimi jest coraz bardziej nie halo, bo dom stawał się coraz bardziej zapuszczony. Jakby przestało im zależeć. A właściwie jej, bo Marek jak każdy facet zostawiał po sobie totalny pieprznik. Aneta powiedziała mu, że odchodzi, ale miała wrażenie, że zupełnie jej nie słuchał. Nie mogła zrozumieć jak taka efektowna, ogarnięta babka mogła tak długo wytrzymać z tym bujającym wiecznie w obłokach, nieużytym kosmitą. Ten facet nie potrafił nawet gwoździa prosto przybić. Nawet dziury w ścianie wierciła ona. Aneta dałaby głowę, że kiedy ostatnio szorowała podłogę, przechodząc próbował zaglądać jej w dekolt. Oni wszyscy siebie warci – jak nie pijak to erotoman gawędziarz. Kowalska znalazła w końcu pracę na pełen etat i po raz pierwszy w życiu nie musiała martwić się o opłacenie wszystkich tych zusów-srusów. Przyszła teraz tylko po to, żeby pobrać należne jej wynagrodzenie i zwrócić klucze. W domu paliło się światło. Zadzwoniła kilka razy ale nikt nie otwierał. Nie zniechęciło jej to. Nie zamierzała marnotrawić czasu i wracać tu jeszcze raz. Otworzyła furtkę i podeszła do drzwi. Nie były zamknięte. Dla pewności zastukała mocno jeszcze raz – znowu bez żadnej reakcji. Lekko zaniepokojona weszła do środka.

Marek chrapał z otwartymi ustami wciśnięty w wielki fotel. Stojąca na stoliku butelka whisky była niemal pusta. Aneta z dezaprobatą pokiwała głową zadowolona ze swej eksperckiej znajomości męskiej natury. Dostrzegła leżącą tuż obok kopertę. Nie miała wielkiej nadziei, że w jej wnętrzu znajdzie swoją wypłatę, ale nie byłaby sobą, gdyby tego nie sprawdziła. Koperta była rozerwana. W jej wnętrzu, zamiast pieniędzy tkwiła wciśnięta nieudolnie kartka firmowego papieru. Aneta wyjęła z torebki okulary do czytania. Rozprostowała kartkę i zaczęła pod nosem sylabizować tekst. … powierza się Markowi Grotowi stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. Strategii. Podpisano … Piotr Sawicki.

Dodaj komentarz