Jeśli to prawda, że Wielka Brytania stanowi wdzięczne miejsce dla poszukiwaczy osobliwości tego świata, to ja trafiłem szczególnie ciekawie. Brighton okazało się miastem wyjątkowo barwnym i żywym. Dziwaczny indyjski Royal Pavillon przypomina o czasach szalonego króla Jerzego. Niedaleko wąziutkie Lanes w starym rybackim kwartale, gdzie odlotowe sklepiki wabią turystów oryginalnym asortymentem. Molo pełne kiczowatych atrakcji. Nadmorskie hotele, do których od lat wyrywali się z rodzinnych objęć stateczni dżentelmeni z pobliskiego Londynu, by pod pozorem udziału w licznie organizowanych tu sympozjach i konferencjach spędzić „dirty weekend”. Sporo artystów i przeróżnych freaków zwabionych łagodnym klimatem i największym w kraju zagęszczeniem pubów. No i tabuny studentów z całego świata, zjeżdżających na tutejszy uniwersytet i politechnikę oraz do licznych szkół języka angielskiego. Krajobrazowo Brighton też zdecydowanie daje się lubić. Nie tracąc kosmopolitycznego szyku, zniewala przytulnością i malowniczym położeniem na nadmorskich wzgórzach.
Środowisko w którym się znalazłem nie mogło być wdzięczniejszym miejscem dla tropienia osobliwości. Zwłaszcza dla kogoś, kto pierwszy raz w życiu wychynął na Zachód z pogruchotanej kryzysem i bez końca kontemplującej swoje nieszczęścia Polski. Stypendium, które ku mojemu zdziwieniu zdobyłem, umożliwiło mi odbycie stażu w jednym z instytutów miejscowego uniwersytetu. Okazał się on być pełen barwnych i – o zgrozo – lewicujących idealistów. Przybyszowi z kraju, który z ulgą żegnał się z realnym socjalizmem wydawali się niebezpiecznymi wariatami. Wymyślali, jak w kontrze do liberalnych recept stworzyć krajom rozwijającym się nowy, lepszy świat i wcale nie byli zachwyceni opowieściami o tym, jak wzorowo wprowadzamy w Polsce kapitalizm. Korytarze i sale konferencyjne instytutu wypełniało malownicze grono visiting fellows z najdalszych nawet zakątków globu.
Nie musiałem szukać kwatery. Jacek – który rozpoczął swoje stypendium kilka miesięcy wcześniej – zarekomendował pokój w skromnym szeregowcu pani Marii Kowalskiej, sześćdziesięcioletniej autorki sięgających w głąb podświadomości obrazów i grafik abstrakcyjnych – członkini brightońskiej grupy stowarzyszenia katolickich artystów. Próbowałem dociec na czym polega specyfika uprawiania sztuki przez artystę katolickiego w odróżnieniu na przykład do artysty będącego adwentystą dnia siódmego. Ale pewnie nie byłem dość wyrobiony duchowo, by to zrozumieć. Na kimś przybyłym prosto z Polski i przyzwyczajonym do dość schematycznych zachowań pani Maria robiła wrażenie osoby lekko ekscentrycznej. Uznałem jednak, że mieści się w artystycznej normie.
W naszych osobach zyskała nie tylko lokatorów, partnerów wieczornych pogawędek i pomoc w załatwianiu drobnych codziennych spraw. Nasza obecność dała jej także poczucie misji. Przystąpiła ochoczo do wprowadzania nas, chłopaków ze Wschodu, w realia jej brytyjskiego świata. Wizytując jej polskich znajomych nie mogłem uwierzyć, że dotykam żywe pomniki historii. Wszystkich tych lotników z Bitwy o Anglię i piechurów spod Monte Cassino. Dziarskich kiedyś chłopaków, jak z filmów z Bodo i Żabczyńskim. Teraz mniej lub bardziej zgrzybiałych emerytów, siedzących naprzeciw ze swoimi sztywnymi angielskimi żonami i siorbiących tutejszym zwyczajem herbatę z mlekiem. Tutejszych Polaków traktowała nieco z góry. Dało się wyczuć, że to angielskie towarzystwo jest dla niej najważniejsze – katoliccy artyści, współtowarzysze jej kościelnych spotkań modlitewnych, czy medytacji. Prezentowała nas trochę jak ciekawe okazy przyrodnicze, którymi należało się pochwalić.
Dla nas, zaprawionych w codziennej walce o materialny byt, sprawy jakimi żyli ci ludzie były abstrakcyjnymi fanaberiami. Dyskutowano z zaangażowaniem jak wspomóc akcję wysyłania listów protestacyjnych do premier Thatcher przeciw propagandzie wojennej w mass-mediach, o przygotowaniu całodobowego czuwania ekumenicznego w dziesiątą rocznicę zamordowania salwadorskiego arcybiskupa Romero przez prawicowe bojówki, czy o organizacji występu zaprzyjaźnionej grupy lokalnych tancerzy Morris Dance. Najbardziej zaangażowana w to wszystko była Kate, pięćdziesięcioletnia żona katolickiego rzeźbiarza, pracująca jako pielęgniarka i przygotowująca jednocześnie doktorat z francuskiego ruchu oporu. Wkrótce sami zanurzyliśmy się w tej egzotycznej rzeczywistości. Nie wypadało wszak odmówić wsparcia dla narodu salwadorskiego, ciemiężonego przez prawicowe szwadrony śmierci. Jeden z wieczorów spędziliśmy więc pomagając w serwowaniu herbaty uczestnikom ekumenicznego czuwania w kruchcie największego w Brighton anglikańskiego kościoła.
Poznaliśmy oczywiście historię naszej gospodyni. W wieku 14 lat Powstanie. Potem Bergen Belsen i droga do Anglii przez Włochy. Owocująca załamaniem psychicznym, zbyt wczesna okrutna i trudna samodzielność. Starszy od niej mąż – weteran desantu Sosabowskiego z Arnheim – wegetował w domu opieki sparaliżowany po kilku wylewach. Przywozili go co piątek na kilka godzin. Pani Maria nastawiała mu wtedy przyniesiony z salonu w sutenerze telewizor, nalewała kupione specjalnie wino i siedziała z nim cały ten czas w swojej sypialni. Wracając z instytutu słyszałem jak mąż pani Marii to copiątkowe spotkanie kończy za każdym razem z trudem wypowiadanym słowem „mieszkać”. Jątrzył w ten sposób rany w jej sumieniu. Jako osoba z problemami zdrowotnymi oraz osobowością wielkiej damy, zupełnie nie była predestynowana do roli siostry miłosierdzia. Mieszkając pod jej dachem zaczynałem stopniowo rozumieć, że w pewnym sensie pozostała tamtą młodą dziewczyną, ciągle boleśnie odczuwającą swoją samotność i spragnioną oparcia. Ukrywającą głęboki żal do losu za to jak się z nią obszedł i czującą się w prawie żądać za to specjalnych względów. Los jednak najwyraźniej nie miał zamiaru okazać pokory. Pani Maria zresztą też.
Jacek wkrótce wyjechał a ja wsiąkałem coraz bardziej w instytut, pokonując stopniowo strach przed językową i merytoryczną kompromitacją. Kilku wpadek nie dało się uniknąć. Choćby zapytania poznanej na integracyjnym spotkaniu profesorki gender studies, co to właściwie za dyscyplina nauki. Powoli jednak nabierałem ogłady. Zorientowałem się, że zadający pytania niekoniecznie oczekują od razu odsłonięcia dna mojej słowiańskiej duszy. Coraz częściej przylepiał się do mojej twarzy bezinteresowny uśmiech. Nauczyłem się też wyrażać urzędowy entuzjazm nawet wtedy, gdy rozmówca serdecznie mnie nudził. Udało mi się zakolegować z grupą magistrantów, a zwłaszcza z jedną z jej japońskich reprezentantek. Zacząłem eksplorować uroki Brighton w jej towarzystwie, dokonując przy okazji interesujących terenowych badań międzykulturowych. Wkręciłem się też w coniedzielną piłkę w Preston Park w brytyjsko-włosko-marokańskim składzie. Tęsknotę za krajem koiły natomiast spotkania w suterenie zamieszkanej przez parę ciężko i nielegalnie pracujących studentów z Polski, zakrapiane wygrzebywaną skądś Żytnią lub mocnym piwem z pobliskiego off-licence.
Miałem wrażenie, że panią Marię moje usamodzielnienie zaczynało denerwować. Zastawałem ją często w kiepskiej kondycji, leżącą w swoim pokoju. Z początku chętnie spełniałem jej prośby o pomoc. Szybko się jednak zorientowałem, że ona tak naprawdę nie prosi – ona się domaga. Przestałem wierzyć w jej choroby. Zaczęła się cicha psychologiczna wojna podjazdowa. Nic w niej nie zostało wypowiedziane wprost. Wyczuwałem, że denerwuje ją mój zawoalowany opór i wyślizgiwanie się z jej strefy wpływu. Zorientowałem się, że postawienie na swoim w ten czy inny sposób jest dla niej bardzo ważne. Czułem, że za maską bezradności, artystycznego nieładu i liberalnych poglądów ukrywa się skrupulatnie odmierzająca bilans kosztów i zysków, wyrachowana i konsekwentnie egzekwująca swoje zamysły część jej osobowości. Zapamiętanie z jakim potrafiła prowadzić tę subtelną grę sprawiało, że czułem się coraz bardziej nieswojo. Zawsze jednak potrafiła zatrzymać się tuż przed niebezpiecznym naciągnięciem struny. Bardzo się pilnowała, żeby nie przeholować. Jeśli już do tego doszło, zawsze próbowała naprawić sytuację jakimś miłym gestem.
*
Jej słabszy okres w końcu minął. Pani Maria nabierała wigoru i znów zaktywizowała się towarzysko i dobroczynnie. Miała jakąś szczególną słabość do dziwnych typów z problemami poznawanych na grupowych psychoterapiach. Na przykład do Richarda, kiedyś dobrze zapowiadającego się historyka z miejscowego uniwersytetu. Opuszczony przez żonę czterdziestokilkulatek z SM, dręczący psychicznie siebie i nadopiekuńczą matkę miał być kolejnym z gości przewijających się przez jej dom. Pani Maria postanowiła obojgu pomóc, choć była prawdopodobnie ostatnią osobą, która się do tego nadawała.
Jego entrée skończyło się małą katastrofą. Z początku milczący i po angielsku sztywny, w miarę opróżniania kolejnych kieliszków wina wyraźnie się rozkręcił. Angielskie maniery najwyraźniej poszły w kąt, bo standardowy czas pierwszej wizyty dawno minął, a on ani myślał ruszyć się z fotela. Wymawiając się wczesną pobudką zostawiłem ich w końcu samych. Kiedy wychodziłem rankiem na uniwerek, powitał mnie jakby nigdy nic, przystrojony w jej kwiecisty szlafrok. Po pierwszej wizycie został po nim rozwalony fotel i zanieczyszczona łazienka.
Nie wiem o co chodziło mojej gospodyni, ale trzeba przyznać, ze łatwo się nie poddawała. Po jakimś czasie wymogła na mnie powtórne wypożyczenie kasety z „Ostatnim Kuszeniem Chrystusa” i zaprosiła ich oboje na seans. Przyszedł tylko on z butelką wina i w ponurym nastroju. Na tyle ponurym, że najchętniej zostawiłbym ich z tym filmem samych, ale uprosiła mnie, żeby zostać. Alternatywna historia Chrystusa, który schodzi z krzyża i żyjąc z Marią Magdaleną staje się zwykłym śmiertelnikiem, co rusz prowokowała jego złośliwe komentarze. A może to gra Barbary Hershey i Willema Dafoe tak go irytowała ? Alkohol szybko się skończył i Richard zaproponował, że doniesie kolejną butelkę. Pani Maria chyba nie miała ochoty po raz kolejny sprzątać łazienki, ale nie znalazła w sobie dość siły, by skutecznie zaprotestować. Kolejne wino zostało otwarte i zanosiło się na powtórkę z rozrywki. Jej niewerbalne sygnały trafiały w próżnię. W końcu powiedziała po prostu:
– Wiesz Richard, może Bartek zadzwoni do twojej matki i powie, że jesteś u nas, żeby się nie denerwowała ?
To było jak wyciągnięcie zawleczki granatu.
– Fuck you !!! Fuck you!!! Stupid bitch !!! – zaczął wrzeszczeć. Obrzucał ją najgorszymi wyzwiskami.
Nie miałem zamiaru dłużej brać udziału w tej ich psychodramie. Wstałem i nie zważając na powstrzymującego mnie Richarda poszedłem do siebie na piętro. Nie zostałem tam długo. Wkrótce dobiegły mnie jakieś niepokojące odgłosy. Zbiegłem do salonu w suterenie. Richard leżał na plecach wczepiony we włosy klęczącej nad nim pani Marii i usiłował wybić jej głową szybę w drzwiach prowadzących do przydomowego ogródka. Podbiegłem ich rozdzielić. Kiedy podnieśli się z podłogi próbowałem go przytrzymać, ale najpierw oberwałem solidnego kopniaka w piszczel a potem wyrwał mi się i strzelił panią Marię w twarz. Zaciągnąłem go do drzwi i wyprowadziłem na zewnątrz. Nie był już agresywny, ale ciągle buzowały w nim emocje.
– Co za dziwka… Widziałeś ?… Co za dziwka… – powtarzał w kółko nie wiadomo właściwie czy do siebie, czy do mnie.
Wróciłem na dół. Czerwony rozbryzg na tapecie świadczył o tym, że próbował trafić w nią kieliszkiem. Jak na osobę, której nietykalność cielesną właśnie naruszono, pani Maria była nadzwyczaj opanowana. Zadzwoniła na policję ostrzegając, że może zrobić coś matce. Powiedzieli, że mogą interweniować tylko jeśli złoży oficjalną skargę. Zadzwoniła więc do niej.
– Słuchaj, mało mnie nie zabił. Uważaj, idzie do ciebie. – Chwila ciszy po czym:
– Nie, to nie była moja wina.
Uległem jej prośbom. Przeszedłem kilka przecznic i wkrótce stałem tam, gdzie jak sądziłem powinien być ich dom. Nie bardzo wiedziałem co tam w ogóle robię i w jaki właściwie sposób miałbym matkę Richarda ratować. Wszystko to było kompletnie absurdalne. Wypełniało mnie jakieś cholerne zażenowanie. Stałem tam w świetle latarni i wpatrywałem się w okoliczne okna usiłując przeniknąć szczelnie zasunięte zasłony. Nadstawiałem ucha w poszukiwaniu jakichkolwiek niepokojących sygnałów. Musiałem wyglądać jak początkujący włamywacz badający teren przed pierwszym skokiem. Nie dostrzegłem nic niepokojącego. Uliczka pogrążona była w późnowieczornej ciszy. Wracając nie mogłem uwolnić się od myśli, że doskonale wiedziała co robi wspominając o jego matce. Ale może zaczęła mi się udzielać ta cała paranoja.
Nazajutrz w moim instytutowym pokoju zadźwięczał telefon. W słuchawce odezwał się jego spokojny, flegmatyczny głos. Musiał zadać sobie trud, żeby zdobyć ten numer. Powiedział, że jest mu przykro takim tonem, jakby informował, że zanosi się na deszcz. Najwyraźniej uważał, że te przeprosiny załatwiają sprawę. Na koniec dodał:
– To jej wina. A tak w ogóle powinieneś wiedzieć, że to wariatka.
*
Zaczynałem mieć już dosyć mojej gospodyni i jej zwariowanych znajomych. Dojrzewałem do decyzji o zmianie miejsca zamieszkania. Czas był najwyższy, bo zamiast koncentrować się na badaniu zmian strukturalnych w gospodarkach krajów rozwijających się, coraz bardziej skupiałem się na analizie jej zachowań. Był już kwiecień, mijała niedługo połowa mojego półrocznego pobytu. Pani Maria postanowiła właśnie wysłać wielkanocną paczkę dla Jacka i jego rodziny. Z zażenowaniem patrzyłem, jak upycha w niej swoje zbędne bibeloty najwyraźniej przekonana, że oszaleją ze szczęścia na widok starych ręczników i jakichś stroików choinkowych. W domu, który Yasuko wynajmowała z Kyoko i jej angielskim chłopakiem, wkrótce miał zwolnić się pokój. Powiedziałem, że go biorę.
Tymczasem miasto zaczynało żyć już dorocznym festiwalem kulturalnym, wykraczającym zdecydowanie ponad lokalny wymiar. Wystawy, koncerty, pokazy filmów. W tym roku motywem przewodnim był upadek muru i wyzwolenie się naszej części Europy spod sowieckiego jarzma. Artyści katoliccy jak zwykle planowali wystawę swoich prac. Tym razem szczególne miejsce musiały zająć dzieła pani Marii, której życiorys symbolizował przecież burzliwe dzieje regionu.
Pani Maria usiłowała sprostać temu wyzwaniu i uświetnić wernisaż nową pracą. Po raz pierwszy od mojego przyjazdu widziałem, jak używa rozkładanej drabinki prowadzącej do umieszczonej na strychu pracowni. Znikała tam na długie godziny. Była coraz bardziej ożywiona. Wyglądało, jakby w końcu złapała wenę.
– Jak idzie pani Mario ?
– Dobrze… bardzo dobrze… – jej oczy aż błyszczały.
– Mogę obejrzeć ?
– Już niedługo. Wkrótce będzie gotowe.
Po jakimś czasie dotarło do mnie, że ona wcale nie śpi. Rano zastawałem ją ubraną dokładnie tak samo jak wtedy, gdy żegnałem ją idąc spać. Wkrótce odgłos jej kroków i śpiewy w ogródku budziły mnie o brzasku już regularnie. Przy pierwszej okazji, korzystając z jej krótkiej nieobecności, rozłożyłem drabinkę i wszedłem na strych. Na sztalugach rozpięte było płótno. Zamiast obrazu, na białym tle, jakby dziecięcą ręką narysowane były dwie kreski. Prosty krzyż. Nic więcej.
Pani Maria była tymczasem coraz bardziej pobudzona. Przemawiała coraz intensywniej i z coraz większą pasją. Przeważnie o Bogu. Zgłębiała istotę wszechrzeczy i wszelkie religijno-filozoficzne pryncypia. Zaczynała każdą rozmowę od sakramentalnego; czy wiesz co to Bóg? Nie miało to jednak nic wspólnego z dewocją. Bardzo wierząca Natalia – studentka pierwszego roku polonistyki z Warszawy, która skierowana przez polskiego księdza zajęła pokój po Jacku – twierdziła wręcz, że ta religijność jest cokolwiek bluźniercza. Jej zaangażowanie w sprawy społeczne uległo przy tym zwielokrotnieniu. Wpadła na pomysł, że zarazi się AIDS, żeby pokazać światu, że poprzez miłość do wirusa można go zwalczyć. Kilka dni poświęciła na dodzwonienie się do Królowej, żeby umówić ją na spotkanie z Papieżem, tak by wspólnie rozwiązali problemy tego świata. Całe dnie wisiała na telefonie obdzwaniając znajomych i dzieląc się z nimi swoimi przemyśleniami. A ja zamiast zajmować się swoimi sprawami wsłuchiwałem się w odgłosy płynące z jej pokoju. Skradałem się po schodach starając się śledzić jej kroki. Zacząłem bać się każdego dzwonka u drzwi, nie wiedząc kogo wpuści do domu. Zdarzało się, że zamiast wyjść jak codzień do instytutu, wolałem zostać na miejscu, by mieć oko na wszystko.
Wpadła niespodziewanie na pomysł urządzenia przyjęcia imieninowego. Przyszły cztery osoby. Pani Maria wyglądała jak upiór, z błyszczącymi oczami okolonymi ciemnymi obwódkami na bladej, bez przerwy mówiącej coś gorączkowo twarzy. Ruth, jej syngaleska znajoma z Prayer Meetings usiłowała dopatrywać się przyczyn jej dziwnego zachowania w słabej odporności na działanie wypitego alkoholu. Tom i Heather życzyli nam abyśmy byli dzielni. Natomiast Winifrede – doradca biskupa, czcigodna i bardzo malownicza szefowa katolickich artystów – przez bite trzy godziny wysłuchiwała w skupieniu niedorzeczności, jakimi raczyła ją pani Maria.
Pokój u Yasuko miał się zwolnić za dwa dni. Miało mnie tu wkrótce nie być. Pani Maria nie była moim bliskim, trudno było jednak wymazać te miesiące pod jednym dachem. Ale właściwie co z tego ? Trafiłem tu przez czysty przypadek. Ktoś wyłożył pieniądze, żebym skupił się na wyciąganiu z pobytu korzyści naukowych, a nie odgrywał Matkę Teresę z Kalkuty. Jeszcze kilka tygodni w tym domu i szlag to wszystko trafi. Wynajmuję tu tylko pokój. Teraz będę go wynajmował tuż obok Yasuko, co powinno wydatnie pomóc w pogłębianiu naszej znajomości. Poza tym jest przecież Natalia.
– Widziałeś ? – Natalia musiała czekać od rana aż wyjdę z pokoju i zbiegła za mną po schodach trzymając w ręku plik urzędowych pism. – To rachunki sprzed dwóch miesięcy. Żadnego nie zapłaciła. Ten jest za prąd. Ten za telefon. O… tutaj chyba przysłali już jakieś ponaglenie. Wczoraj widziałam jak rozdawała banknoty włóczęgom. Musimy coś zrobić Bartek. Nie można jej tak z tym zostawić. Masz jakiś pomysł? – patrzyła na mnie jak na starszego brata. Kurwa, dziewczyno mam to gdzieś. Zaraz mnie tu nie będzie. Mam swoje ważne sprawy i zamierzam się nimi zająć. Nie zdążyłem jej odpowiedzieć, bo przecisnęła się obok nas pani Maria. Była ubrana jak na przyjęcie i taszczyła jakiś rulon. Dorwałem ją przy drzwiach.
– Dokąd się pani wybiera ?
– Do męża. Zadzwoniłam po taksówkę. Pokażę mu najnowsze prace – Tego jeszcze brakowało. Będzie teraz zamęczać bezsilnego inwalidę. Rozda pewnie gdzieś po drodze resztę swoich oszczędności.
– Nigdzie pani nie pojedzie – usłyszałem swój stanowczy głos. — Proszę odwołać taksówkę.
Nawet specjalnie nie protestowała. Uśmiechając się jak zadowolona z psikusa niegrzeczna dziewczynka, odpuściła i zeszła do salonu. A ja stałem w przedsionku nie bardzo wiedząc co zrobić z tym nowo odkrytym poczuciem mocy. Z każdego z jej abstrakcyjnych obrazków zawieszonych na ścianach wpatrywał się we mnie przenikliwie, mniej lub bardziej zdeformowany artystycznie Chrystus.
– No dobra – westchnąłem – chyba znam nazwisko jej lekarza, na pewno to nie jest jej pierwszy raz. Tu niedaleko jest przychodnia. Ty spróbuj znaleźć telefon do Kate. To najbardziej ogarnięta osoba z tego jej towarzystwa.
*
– Ona musi brać leki ! – skwitował moją opowieść lekarz. Teraz dopiero skojarzyłem, że od paru tygodni nie widziałem by jakiekolwiek brała. Wszystko przez ten pieprzony festiwal. Lekarz obiecał wkrótce ją zbadać. Niewiele, ale zawsze to jakiś początek. Więcej osiągnęła Natalia. Kate z mężem przyjechali wieczorem. Ja zadzwoniłem do Yasuko i powiedziałem, że nie mogę na razie wynająć pokoju, nie wiem kiedy będę mógł i że nie mogę ich z tym blokować.
Nazajutrz przyszła Kate.
– Listen Maria – powiedziała biorąc panią Marię ją za ramiona i wciągając już powietrze w płuca, żeby dobitnie i z należytą wyrazistością przekazać jej informację o konieczności uzyskania porady lekarskiej. Radosne:
– Hemophiliacs – wyrwało się akurat w tym momencie z uśmiechniętych ust pani Marii, której myśli błądziły najwyraźniej znowu wokół problemu AIDS.
– Hemophiliacs to you too! – odparowała natychmiast Kate prosto w zadowoloną z siebie twarz.
Udało się jednak zabrać panią Marię do psychiatry. Potem Kate dyżurowała przy niej tak, żebyśmy mogli zająć się swoimi sprawami. Uruchomiła też innych znajomych. Pani Maria dostała w końcu leki i ktoś stale pilnował, by je brała. Zaczęło iść ku lepszemu. Choć nie zawsze szło gładko.
Uczucie bezsilności zelżało. Było lepiej, ale pani Maria nie przestawała namiętnie obdzwaniać znajomych – a zwłaszcza Richarda – i dzielić się z nimi swoimi przemyśleniami. Kiedyś wychodząc z domu zauważyłem, ze ogląda film o wampirach. Musiało ją to zainspirować, bo po moim powrocie z uniwersytetu oświadczyła, że w twarzy community nurse – siostry Hazel, która ją tego dnia odwiedziła, ujrzała wampira. Było to zupełnie niewinne skojarzenie związane ze stanem uzębienia siostry Hazel. Niestety nie wszyscy byli w stanie tak to zinterpretować. Niedługo po jej kolejnym telefonie zadźwięczał dzwonek u drzwi. Zjawili się Ann – jej znajoma z psychoterapii – wraz z mężem Adrianem. Ann historię o przedzierzgnięciu się siostry Hazel w wampira potraktowała śmiertelnie poważnie, twardo żądając od męża natychmiastowego powiadomienia lekarza i odstawienia pani Marii do szpitala. Na to wkroczyłem ja informując przybyłych, że pani Maria jest po odpowiedniej konsultacji, ma zaordynowane leki i trzeba tylko czekać na efekty. Ann jednak to nie uspokoiło. Chcąc ratować panią Marię poradziłem Adrianowi, żeby skontaktował się z Kate i zasięgnął informacji z pierwszej ręki. Adrian, niezwykle sympatyczny absolwent Oxfordu, człowiek o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, tak też zrobił, ale zupełnie nie potrafił przeciwstawić się swej histerycznej żonie. Rzeczowe argumenty wydawały się do niej nie docierać. Widząc malująca się na twarzy Adriana rozterkę przyznałem, że właściwie to Ann jest w sprawie choroby dwubiegunowej osobą najbardziej kompetentną. Adrian z wyraźną ulgą zadzwonił na Emergency, po czym w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku pożegnali nas. Bohaterka wieczoru zachowywała się cały czas tak, jakby to nie ją chciano zamknąć w szpitalu wariatów.
– Po co pani wygadywała Ann te wszystkie głupstwa o wampirach ? – zaatakowałem ją zaraz po wyjściu małżeństwa.
– A czy to moja wina, że Ann taka nerwowa ? – rozbroiła mnie tą odpowiedzią.
Na tym ten pełen niespodzianek wieczór się jednak nie zakończył. Znowu zadźwięczał dzwonek zwiastujący sukces misji ratunkowej Adriana i Ann. W drzwiach stanęła lekarka z pogotowia. Na szczęście wykazała sporo rozsądku proponując co najwyżej zwiększyć dawkę środka uspokajającego. Pani Maria prawie nie dała jej dojść do głosu.
Stan pani Marii wyraźnie się w kolejnym tygodniu poprawił. W sobotę ubrała się odświętnie i pojechaliśmy na wernisaż. Okazało się, że artyści katoliccy sami dokonali selekcji jej prac i najlepsze z nich wyeksponowali w centralnym miejscu. Był piękny słoneczny, majowy dzień. W ogóle było miło. Pani Maria promieniała i nie mówiła już więcej o Bogu, ani o rumuńskich dzieciach z AIDS. A ja chyba po raz pierwszy od przyjazdu tutaj nie czułem się między nimi jak człowiek z innego świata. Ale w życiu rzadko kiedy zdarzają się piękne zakończenia.
*
W niedzielę późnym wieczorem jedna ze stacji telewizyjnych miała pokazać rozgrywany w Glasgow mecz Polska-Szkocja. Czekałem na to niecierpliwie od kilku dni uprzedzając o tym panią Marię kilka razy. Piłka jest moim drugim życiem. Nie opuściłem ważnego meczu od niepamiętnych czasów, a tu – na obczyźnie – obejrzenie go było dla mnie szczególnie ważne. Dziesięć minut przed meczem zszedłem do salonu i włączyłem odbiornik. Pani Maria podążyła tam za mną. Wbijając wzrok w ekran obiecałem sobie, że nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Nie doceniłem jednak pani Marii. Na różne sposoby starała się przyciągnąć moja uwagę. Opowiadała jakieś historie z przeszłości. Podtykała mi pod nos reprodukcje swoich prac i święte obrazki. Wreszcie zaczęła chyba odprawiać nade mną egzorcyzmy modląc się głośno. Wpadła w końcu na szatański pomysł.
– Ile jeszcze zostało ? Kilka minut ? To ja posłucham Pavarottiego…
Tutaj mnie dosięgła. Na boisko wybiegali już chłopcy w biało-czerwonych strojach, a dźwięki belcanta zupełnie zakłócały komentarz. Czułem jak krew w skroniach pulsuje mi coraz mocniej. Bez słowa pogłośniłem odbiornik. Oddająca się operowym uniesieniom pani Maria zrobiła chwilę później to samo. Nie pozostałem dłużny. Operacje z potencjometrem wykonane zostały przez nas po kilka razy. Pod sufitem krzyżowały się patetyczne frazy z Toski z głosem komentatora wychwalającego zalety woleja Dziekanowskiego. Z zaciśniętymi zębami oczekiwałem odgłosów dobijania się do drzwi wyrwanych ze snu, wściekłych sąsiadów. Pierwszy nie wytrzymał kot czmychając przez swoje wyjście do ogrodu. Chwilę potem, zaczęła wymiękać pani Maria.
– Może ściszyłbyś telewizor. Jest późno i Natalia może się obudzić. – Tego było już za wiele.
– OK – wybuchnąłem. – Ale najpierw niech pani ściszy ten swój magnetofon!
Poddała się, ściszyła i wyszła.
Historia z meczem zwiastowała porażkę naszej akcji ratowniczej. Nie było innej drogi. Pani Maria wylądowała w szpitalu. To był normalny otwarty oddział. Duża sala musiała pamiętać czasy królowej Wiktorii. Przestrzeń między łóżkami oddzielały kotary. Wysiłki lekarzy starających się farmakologicznie ściągnąć panią Marię z wyżyn uniesienia, zaczęły w końcu przynosić efekty. Poruszała się w zwolnionym tempie i z trudem wydobywała słowa. Przez pierwsze dwa tygodnie mieliśmy z Natalią względny spokój. Później nasza podopieczna zaczęła odzyskiwać siły, pogrążając się w napastliwej depresji. Dzwoniła coraz częściej domagając się przywożenia przeróżnych drobiazgów i testując pokłady samarytańskiej dobroci Natalii. Szczególnie wobec niej pozwalała sobie na sarkastyczne aluzje. Dawała do zrozumienia, że robi nam łaskę pobierając tak niski czynsz. Do domu wróciła zdecydowanie najmniej przyjemna jej wersja. Natalia miała tego dość. Widząc co się dzieje, ktoś z angielskich znajomych pani Marii załatwił jej inny pokój. Ja także zamierzałem odejść, choć sąsiadem Yasuko był już od miesiąca jakiś przystojny Grek.
Kiedy po raz kolejny zaczęła robić mi idiotyczne wymówki nie wytrzymałem. Wszystko co kumulowało się przez te wszystkie miesiące teraz ze mnie jakoś wylazło. Ja – do bólu dobrze wychowany chłopiec – pouczałem teraz sześćdziesięcioletnią kobietę, choć nie była nawet moją daleką krewną. Rzucałem jej w twarz swoją prawdę o jej paskudnym zachowaniu wobec Natalii, cholernej niewdzięczności, o tych jej żałosnych gierkach i braku odwagi, by mówić wprost. Jak nigdy dotąd miałem gdzieś jak to odbierze i co sobie o mnie pomyśli. Nie wyglądała nawet na zaskoczoną. Słuchała w milczeniu do samego końca. Kurczyła się tylko w sobie i w końcu głos z jej wnętrza przebił się przez wszystkie warstwy jej osobowości.
– Wybacz mi Bartek – powiedziała cicho ukrywając twarz w dłoniach – czasem po prostu nie jestem sobą.