Oniria, czyli cztery sny.

Faux pas, czyli sen komiczny.

Prolog – namiot przy Puławskiej.

Puławska 105.  Rozbijam namiot na łące – między naszą starą kamienicą a Warszawianką. Skromny namiocik z tropikiem – w sam raz dla jednej osoby. Nie potrzebuję nawet materaca. Dobrze mi tu, choć nie jest za ciepło. To nie jest lato, ale pogoda całkiem znośna. Widać kraina dzieciństwa przyciąga jak magnes. Choć może wyrywam się tu z rodzinnego mieszkania na Przyczółku w poszukiwaniu odrobiny prywatności? Póki co nie jestem pewien, gdzie mnie sen na stałe ulokował.

 Tuż obok siatka. Za siatką… nie mam pojęcia dlaczego, ale jestem pewien, że to posiadłość sąsiada z niegdysiejszego segmentu. Biznesmena – niebiznesmena.  Za siatką, ktoś też rozstawił namiot – tuż obok mojego. No i bez przerwy ten Ktoś próbuje opierać się na siatce, wchodzi na nią, a ta wygina się i narusza moją namiotową przestrzeń. Od czasu do czasu Ktoś depcze mi też po bocznej krawędzi namiotu. W siatce pojawiają się dziury, a dokuczliwi sąsiedzi bez najmniejszej żenady sobie przez nie przechodzą. Zwracam Ktosiom uwagę, ale bez specjalnych efektów. 

Tymczasem za siatką wyrasta stopniowo całe namiotowe centrum logistyczne ze sklepem, magazynami i barem.  Hmmm, więc kolejny biznes sąsiada to turystyka. Wszystko wskazuje,  że właśnie otworzył sezon.  Nie wiem skąd przeświadczenie graniczące z pewnością, że mój sąsiad z niegdysiejszego segmentu jest też właścicielem legendarnego dla mnie ośrodka wypoczynkowego w Marózku. To wszystko usposabia mnie jakoś bardziej przyjaźnie. Zagaduję, pytam towarzystwo zza siatki o Marózek.  Byli, podobało im się. Siatka staje się już nieistotna. Keine grenzen – jak śpiewał ongiś klasyk.

Sytuacja zmienia się dynamicznie także po mojej stronie. Czytam sobie książkę, z przerwami na kontemplowanie obniżającego się coraz bardziej tropiku, kiedy dochodzi mnie jakiś hałas.  Rozsuwam zamek i wychylam głowę. Koło mnie rozbija swój namiot jakaś rodzina. Nieco dalej – kolejny namiot. Co jest ? Zostałem trendsetterem? Spędzanie weekendów kampingując na warszawskich skwerach to jakaś nowa moda? To przecież głupie jest. Poza tym  –  nie ma nawet jeszcze lata. Ludziom to jednak nie przeszkadza, bo wkrótce wyrasta koło mnie całe miasteczko namiotowe. Chętnie bym się zdrzemnął, choć tropik dotyka mi już niemal nosa. Marzenie ściętej głowy. Gwar wokół skutecznie mi spanie uniemożliwia.  Wychodzę na zewnątrz. Stelażowe rurki coraz bardziej pochylają się ku sobie. Coś kiepsko je rozstawiłem. Za to namioty innych – ho ho – prawdziwe mercedesy. Staram się poprawić te rurki. Zaczyna padać. Ludzie przeklinają pogodę, a ja się uśmiecham ze złośliwą satysfakcją. Wszak tydzień, który tu spędziłem był słoneczny. Radio mówi, że temperatura w weekend to 4-6 stopni. Dla mnie spoko. Wytrzymam. Może wymiecie tych pseudokampingowiczów i będę miał spokój. A jak nie, to się zwinę i wrócę. Swoje już przekampingowałem.

 Skoro pogoda nie dopisuje, to trzeba sobie z rozrywkami kampingowymi jakoś alternatywnie radzić.  Faceci gromadzą się więc w barze u sąsiada. Pijemy. Rozmawiamy. Mówię, że w domu tuż obok spędziłem dzieciństwo. Wychylamy się i pokazuję. Cholera, gdzie mój stary dom ? Wyburzyli ?

Zamiast mojej dziecięcej kolebki stoi przeszklony biurowiec. Widać ludzi przy monitorach na każdym z pięter. To musi być jakaś pomyłka! Mój dom jest pewnie za tym biurowcem. Zaniepokojony, opuszczam towarzystwo. Muszę to sprawdzić. Mijam biurowiec. Za nim kolejny dom w totalnym remoncie. Właściwie został z niego tylko szkielet.  Robi mi się strasznie smutno. Zaraz zaraz… Przecież kostka brukowa jest tu zupełnie inna. To nie jest moje stare podwórko. Idę więc dalej. Jest!  Co prawda elewacja jest bardziej nowoczesna, ale wszystko inne się zgadza. Widzę okno naszego starego pokoju. Okno kuchni. Balkon. Podwórko ma charakterystyczny kształt i tę samą co kiedyś kostkę. Zataczam się szeroko po tej kostce. To z całą pewnością efekt męskiego spotkania w barze. Wytaczam się z zza trzepaka i biorę kurs na namiot. Docieram z mozołem na miejsce, ale namiotu nigdzie nie ma. Po chwili odnajduję jego płachtę na ziemi przy siatce. A na niej bezceremonialnie zwalone tobołki z namiotu obok i jakieś obce, suszące się po deszczu części garderoby. Wytrzeźwiały i wściekły zrzucam to w cholerę i stawiam namiot na nowo. Tym razem wbijam paliki głęboko. Napinam starannie namiot i tropik. Układam rzeczy w absolutnym porządku w zmyślnych skrytkach i kieszonkach, a te przemoczone wieszam na specjalnie rozpiętym sznurku. Zadowolony z siebie kontempluję efekt moich starań. W suficie dostrzegam co prawda  wyraźne przetarcia – a nawet dziury, ale…  na szczęście jest jeszcze zewnętrzna powłoka – co prawda jakby z celofanu, ale nie przecieka. Ludzie się powoli zwijają.  Zostaję na placu boju sam pełen satysfakcji. Przypominam sobie jednak, że dziś jest wielki mecz, więc zwijam się i ja.

Faux pas

No gdzie mogło mnie przywiać, jak nie do rodzinnego gniazda na Pekin ?  Nie ma rodziców. Jest brat i goście. W dużym pokoju włączony jest telewizor.  Nic dziwnego. Przecież zaraz biało-czerwoni zaczną wielki mecz. Idę na chwilę do naszego (z bratem) pokoju. Wchodzi tam za mną chudy Ukrainiec, cały w dziarach i przynosi swoje skarpetki. Chce je tu wysuszyć. Nie bardzo wiem kto to jest i z tego zaskoczenia głos chyba więźnie mi w gardle. A może po prostu przywykłem po tej namiotowej komunie, że bez przerwy ktoś coś koło mnie suszy. Ukrainiec mówi, że niezła chata i niezłe towarzystwo mam przy stole.

Idę do dużego pokoju. Przy stole siedzą Mateusz Morawiecki i Maryla Rodowicz. Jest też jakaś jej przyjaciółka. Tymczasem nasi chłopcy zaczynają kolejny arcyważny mecz. Strzelamy bramkę. Stadion szaleje.  Spiker podaje nazwisko strzelca, ale chwilę później prosi o uwagę. Ważny komunikat. Piłkarze wstrzymują się ze wznowieniem gry. Słychać głos  Morawieckiego. Mówi o Tusku, że ma w nosie zwykłych ludzi, że gardzi nimi. A mnie trafia szlag. Wyskakuję z krzesła i wybucham gestykulując w stronę telewizora jak wariat.

–  Te, Morawiecki! Ty sztywny jesteś jak drewno. Kogo ty tu chcesz przekabacić? Tusk ?  Buty mu najwyżej możesz czyścić! Niewiarygodne, zbeszcześcili nawet mecz polskiej reprezentacji!

Drę się do telewizora, choć wychodzi to jakoś niezbyt naturalnie. Chyba dlatego, że ze względu na gości staram się  powstrzymywać od używania słów uznawanych powszechnie za obelżywe. Mimo to, w końcu mi ulżyło.

Odwracam się od telewizora,  spoglądam na gości i… widzę Morawieckiego siedzącego za stołem obok Maryli Rodowicz. Jego twarz nie wyraża absolutnie niczego. Jest jak maska. Siedzi taki wsobny, nieobecny – jakby lekko zmieszany.  Chociaż tak naprawdę trudno powiedzieć.

– O kurwa! – tylko taka głęboka myśl przechodzi mi w tym momencie przez głowę.

Wychodzę do kuchni. Nie wiem co robić. Lepiej próbować w bezpośredniej rozmowie rozbroić tę minę, czy może raczej przemilczeć sprawę i udawać, że nic się nie stało ? Chodzę tam i z powrotem i biję się z myślami. Wpadam na brata. Na jego twarzy maluje się zaaferowanie połączone z rozbawieniem. Otwiera już usta…

– Nic kurwa nie mów. Wiem. 

Postanawiam wrócić do gości, choć jeszcze nie wiem jaki wariant wybiorę. Wziąć byka za rogi, czy wybrać ciszę nad tą trumną ? Okazuje się, że Morawiecki jest w łazience. Czekam. Morawiecki wychodzi w końcu. Zakłada płaszcz. Żegnamy się chłodno.

– Mateusz, przepraszam. Jeśli chodzi o futbol, to ja już taki żywiołowy jestem.  

Mam teraz nadzieję na jakąś reakcję typu „nic się nie stało stary”. Albo „wiem jak to jest”. Ale nic takiego się nie dzieje.  Morawiecki jest poważny, zapadnięty w siebie. Jego twarz jest cały czas jak maska. Patrzy na mnie jak przez szybę.

– Ooo,  znam dobrze takich jak ty.  

To nic dobrego nie wróży. Odprowadzam go do przedsionka i na galerię.

– Daj spokój, to tylko emocje…

 Ale Morawiecki oddala się bez słowa.  Kurwa, moje poglądy polityczne to jedno, a lojalność wobec pracodawcy z większościowym udziałem skarbu państwa to drugie. Tak trudno to zrozumieć ? – myślę. Przypominam sobie po chwili, że wszedłem już w przedemerytalny okres ochronny i  wrzucam na luz.

Wracam do mieszkania. Maryla Rodowicz z koleżanką wydają się rozbawione. Śmieją się, że Morawiecki cały czas taki sztywny siedział.

– Wspomniałem mu tylko o kawie. Nie sądziłem, że weźmie to poważnie i wpadnie. – mówię Maryli Rodowicz. – I to akurat dziś.

– Musiałeś go trafić w czuły punkt – psychologizuje kumpelka Maryli Rodowicz.  Mój wzrok pada teraz na dawno opróżnione talerze.

– Fatalny ze mnie gospodarz, chcielibyście pewnie kawę. –  Ta druga ofiarowuje pomoc i idzie ze mną do kuchni. Parzy kawę w jakiś przedziwny sposób. Pojawia się też na chwilę mama, która udziela mi instrukcji. Wracamy do pokoju. Maryla Rodowicz martwi się, że mąż coś się spóźnia. Uspokajam ją, że z meczu się tak szybko nie wraca. Tyłu ludzi się błyskawicznie nie rozchodzi.

Próbuję zająć gości jakąś niewymuszoną konwersacją. Usiłuję Marylę skomplementować. Mówię, że byliśmy kiedyś przed wielu laty z bratem na jej koncercie na stadionie 10-lecia i było niesamowite, jak młodzież świetnie przyjmowała jej stare przeboje. Przy słowie „stare” zapala mi się – nieco zbyt późno – czerwona lampka. Ale po pierwsze, Maryla Rodowicz nie wygląda wcale staro. A po drugie – nie ma najmniejszej ochoty, żeby się obrażać jak Morawiecki. Uśmiecha się tylko skromnie. Pojawia się przy stole moja babcia i mówi, że chętnie poszłaby na Legię. Co tu się dziś wyrabia ? Słychać dzwonek.

– Mój skarb po mnie przyszedł – mówi kolejna gościni. To moja młoda kuzynka,  której szczerze mówiąc nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Skarbem okazuje się chudy Ukrainiec z dziarami. Bezceremonialnie wchodzi do małego pokoju, żeby zabrać swoje suche już skarpetki.

Chcę zadzwonić do Marty i koniecznie jej opowiedzieć dzisiejsze zajście,  ale jest już  22:50. O tej porze nie zawraca się głowy nawet bliskim, choć Maryla Rodowicz uspokaja, że godzina jeszcze całkiem młoda jest. Mnie aż nosi, żeby opowiedzieć tę historię, więc budzę się i chwytam od razu smartfona, żeby nic z niej nie uronić.

Śródmiejska apokalipsa – czyli sen thriller.

 Warszawa. Chyba Świętokrzyska. Kierunek ku Wiśle od Marszałkowskiej. Siedzę w samochodzie i obserwuję wejście do jednej z kamienic po lewej stronie ulicy. To jakaś duża sprawa. Handel ludźmi? Terroryzm ? Może coś jeszcze gorszego. Zajmujemy się tylko największym kalibrem spraw.  W środku jest ktoś od nas. Ktoś pod przykryciem. Kobieta.  Obserwujemy ich na razie. Jesteśmy w pogotowiu. Czekamy na sygnał, gdyby trzeba było ją chronić . W każdej chwili możemy wejść i ich zdjąć.

 Pod kamienicę zajeżdża radiowóz. Z budynku wychodzi jakiś facet.  Rozmawia z policjantem. Ten policjant to zwykły krawężnik. Nie ma pojęcia o naszej akcji.  Spoglądają w moją stronę. Co do cholery?!

Ten policjant z radiowozu idzie w moim kierunku.  Opuszczam szybę.

– Dlaczego pan tu stoi ? Tu nie wolno stać.  Proszę odjechać. Pana obecność przeszkadza innym.

Cholera, jeśli ujawnię, że jestem z policji zdekonspiruję się. Oni będą wiedzieć.  Kiwam więc ze zrozumieniem głową i odjeżdżam. Robię koło i parkuję w nowym miejscu. Nie tak daleko, ale jednak… Nie mogę stąd obserwować wejścia do kamienicy. Nasza agentka w środku jest teraz pozbawiona mojego wsparcia. Skoro zainteresowali się mną, to znaczy, że coś podejrzewają. Coś się musiało tam stać. Szlag mnie trafia.  Muszę dać o tym znać centrali. Chwytam za komórkę.  A co jeśli oni podsłuchują ? Cholera, powinna być przecież jakąś specjalna łączność, jakiś bezpieczny kanał. A tu co ? Zwykła komórka. Kurwa!

Wychodzę z samochodu i idę w stronę kamienicy. Nie jestem chyba sam, a inni musieli dojść do tych samych wniosków bo nagle… zaczyna się piekło. Wszędzie strzały. Z kamienicy wybiegają jacyś ludzie.  Cofam się. wyjmuję broń, a raczej komórko-pistolet jakiś. Próbuję, ale nie jestem w stanie z tego wystrzelić. Muszę się cofnąć. Pojawiają się nasi ludzie. Widzę ich teraz, jak zajmują dogodne pozycje w charakterystycznych kamizelkach.  Idę wzdłuż NBP i skręcam ku placu Napoleona. W moim kierunku biegnie sprintem jakiś wielki facet z torbą w ręku. W drugiej ma chyba broń. 

Ja niczym szczególnym się teraz nie wyróżniam, więc facet usiłuje mnie wyminąć. W ostatniej chwili podstawiam mu nogę. Gość przez chwilę leci w powietrzu, a potem pada spektakularnie waląc głową o chodnik. Korzystając z jego chwilowego  oszołomienia rzucam się na niego.  Próbuję go obezwładnić. Nie tylko on jest problemem. Błyskawicznie pojawia się też pies, który staje w jego obronie. Jeden z naszych przychodzi mi w sukurs. Przytrzymuje psa, który szczerzy kły tuż przy mojej twarzy. Ale dajemy radę. Przytrzymuję teraz jedną ręką oszołomionego ciągle faceta, a drugą trzymam torbę i psa.  Muszę ich odprowadzić do szefostwa. Jestem z siebie dumny.

Daleko nie zaszedłem. Dostaję mocny cios w głowę. Ktoś błyskawicznie  przemyka obok mnie. Ciemnieje mi w oczach. Padam na ziemię, ale udaje mi się zachować  przytomność.  Oswobodzony z mojego uścisku facet nabiera nieoczekiwanie wigoru. Kuca i sięga do torby. Widzę jak wyrzuca z niej wysoko w górę jakieś paczki za każdym razem aż podskakując. Wygląda jak jakiś szalony żongler. Paczki opadają z powrotem. On je łapie i wyrzuca znowu.  Próbuję stanąć na nogi, by mu przeszkodzić, ale nie daję rady. Nagle, jedna z tych paczek  wybucha w górze. Potem kolejna. I kolejna. Wybuchają w powietrzu spektakularnie, blask rozświetla okolicę. Wręcz oślepia.  Jakiś żar leje się z góry. Jakby roztopiona stał.  A facet wydaje z siebie przeraźliwy ryk, rozkłada szeroko ręce i wystawia ku temu twarz. Strumień żaru opada i tę jego twarz wypala do szczętu…

Co tu się w  ogóle odpierdala???

Podnoszę się.  Patrzę na bezgłową plamę na chodniku, która jeszcze przed chwilą była wielkim facetem.  Łeb mi krwawi. Czuję ból. Mimo to biegnę z powrotem w kierunku Świętokrzyskiej.  Trzech naszych chłopaków dopada dwóch bandytów. Obezwładniają ich i próbują wyprowadzić w stronę centrum. Ale błyskawicznie zza ich pleców,  jak spod ziemi wyłania się czterech jednakowo ubranych tamtych. Nie zdążyłem nawet krzyknąć.  Nasi padają bezwładnie na bruk. Bandyci uciekają. Wyjmuję ten swój komórko-pistolet i próbuje do nich strzelać. Nic z tego. Równie dobrze mógłbym używać zabawki.

Masakra jakaś. Są wszędzie. Kim są ? Próbują opanować miasto ? O co chodziło facetowi, który dał sobie wypalić twarz ? Do czego są zdolni ? Czego chcą ? Tu nie jest bezpiecznie. Zapada zmrok. Okolica teraz jest zupełnie pusta. Okrążam NBP. Próbuję ostrożnie zbliżyć się do tajemniczego budynku, od którego wszystko się zaczęło. Jestem gdzieś przy skwerku koło . Kubusia Puchatka. Jest już zupełnie ciemno. Czuję ogromne znużenie. Siadam na ławce. Z całych sił bronię się, żeby nie zasnąć. Powinienem na siebie uważać. Ale…bezskutecznie. Zapadam się w ciemność.

Budzę się na tej ławce, kiedy powoli już szarzeje. Wzdrygam się z zimna. Ale nie tylko z zimna. Tu wszędzie czai się jakieś zło. Czuję to całym sobą. Wycofuję się. Idę w kierunku centrum. Mijają mnie pojedyncze osoby. Czy zdają sobie sprawę, że mamy tu apokalipsę?  Dotykam ręką głowy. Po prawej stronie zaschnięta krew zlepia mi włosy.  Czuję wyraźnie opuchliznę i szramę.  Przeglądam się w sklepowej szybie. Twarz mam w siniakach i zadrapaniach.  Gdzieś za Alejami trafiam na naszych. Wszyscy wyglądają podobnie jak ja. Obraz nędzy i rozpaczy. Ktoś mówi, że trzeba się pozbierać. Teraz im pokażemy. Wiemy do czego są zdolni. Tym razem nie damy się  zaskoczyć. Dorwiemy ich. – OK, ale jak ? Gdzie ich szukać? Wygląda na to, że jest jakiś plan.  Zastanawiam się, czy zdążę jeszcze wpaść do domu, przebrać się, umyć. Ale nie ma czasu. Pytam o broń. Tak, trochę dalej można się w nią zaopatrzyć. W bagażniku samochodu jest podręczny magazyn.  Normalna broń krótka, nie jakieś zmyłkowe komórko-pistolety. Są też granaty. Biorę jeden z pistoletów. Upewniam się, że potrafię go naładować. Ktoś udziela mi instrukcji i radzi by strzelić w powietrze na próbę. Tak też robię.

Dostajemy rozkaz, żeby się zakonspirować.  Udajemy uczestników międzynarodowej konferencji. Jest nawet przyjemnie.  Jeziorko, trawka, drzewka. Zalegamy   w tej trawce dla niepoznaki. Grzejemy się w słonku. Ale to pozory. Obserwujemy wszystko dookoła. Wpatrujemy się w wodę. Oni gdzieś tu są. Bardzo blisko. Wstaję i podchodzę do stołu, przy którym siedzą uczestnicy z Czech, Bułgarii i Białorusi. Próbuję włączyć się w ich dyskurs,  który jakoś płynnie przechodzi w partię brydża… Wciąga mnie coraz bardziej ten brydż, a nowe otoczenie wypiera stopniowo jeziorko, trawkę i drzewka… Strasznie chcę zostać i skopać tyłki tamtym, bronię się … ale… powoli odpływam w zupełnie inny sen.

Dramat w górach, czyli sen motoryzacyjny.

Preludium – zagadkowa historia z Tomkiem

Wracamy z Tomkiem samochodem z jakichś zawodów pływackich. Tomek znów ma 10 lat. Jest głodny, więc żeby nie tracić czasu zamawiam telefonicznie sushi.  Błyskawiczna dostawa do dwóch punktów na trasie.  Jeden jest przy Rawarze, a drugi tuż przy Przyczółku Grochowskim, na rogu Ostrzyckiej i zjazdu z Ostrobramskiej  na Pekin. Zmierzam w stare, rodzinne strony. To trochę nielogiczne, że odległość między punktami dostaw nie przekracza pewnie 400 metrów. No ale ze snami się nie dyskutuje.  Dostawca mi sygnalizuje, że schrzaniłem to drugie zamówienie – wbiłem jakiś zły kod. Próbuję poprawić.  Dostawca okazuje się jednak bardzo miły, bo dostaję dwie paczki sushi w pierwszej lokalizacji. Prosi mnie jednak, żebym koniecznie potem wpisał ten poprawny kod. W międzyczasie mamy lekką  stłuczkę. Ktoś nas uderza w tył. Niby nic takiego, ale wiadomo – lepiej sprawdzić. Jedziemy z Tomkiem do warsztatu. Jest już prawie po godzinach. Mam jednak nadzieję, że spotkam tam jeszcze menedżerkę serwisu mechanicznego, która mnie często obsługuje.

Znajoma menedżerka jest ale… siedzi teraz za szybą w kasie. Mówi, żeby pokazać ten tył.  Nie ma wprawdzie mechaników, ale ona da radę ocenić, czy jest się czym martwić. No więc biorę w ręce samochód, który przybrał teraz postać jakiegoś mini małego Fiata, podnoszę go na wysokość kasowego okienka i pokazuję jej ten tył. Coś ją zaniepokoiło, musi przyjrzeć się dokładniej. Stawiam samochód z powrotem na podłodze i siadam. Tomek w międzyczasie zajmuje się sushi.  Sushi teraz wygląda jakoś strasznie nędznie. Zalecam więc Tomkowi konsumpcję warzyw znajdujących się na stole. Są tam takie marchewkowe i szparagowe paluszki i pestki. Wydawało mi się, że to część naszej dostawy, ale… pewności nie mam, więc jednak Tomka powstrzymuję.  Przysiadam na podłodze i …  nagle zdaję sobie sprawę, że jestem kompletnie goły. Robi mi się głupio, zupełnie jak Adamowi i Ewie zaraz po konsumpcji jabłka. Zakrywam się jakimiś spodenkami gimnastycznymi. Pani z warsztatu moja nagość najwyraźniej jednak kompletnie nie przeszkadza.  Zachwyca się Tomkiem, biorąc go za dziewczynkę. Może ze względu na długie jasne włosy ? A Tomek wlazł na siedzenie jakiegoś auta, nakrył się kołdrą i nie chce wyjść.

No ale w końcu wyszliśmy. Tuż obok warsztatu jest jezioro. Tomek poszedł popływać. Po pewnym czasie orientuję się, że na tym jeziorze trwa akcja ratunkowa. Co za czort ? Przecież Tomek świetnie pływa. Może wypłynął za daleko ?  Tomkowi oczywiście nic się nie stało. To jakaś rutynowa akcja, a Tomek im się akurat napatoczył. Sprawa ma jednak istotne dla dalszej części snu następstwa…. 

Okazuje się, że Tomek wyłowił jakieś opakowania z lekami. Oglądam te blistra. Potem wracamy do warsztatu, który jest już opustoszały i Bóg jeden wie jak udało nam się dostać do środka.  Wewnątrz jest automat – zmyślne urządzenie za pomocą którego można komunikować się w sprawie ubezpieczeń. No a ja mam sprawę tej stłuczki. Okazuje się jednak, że to bardzo uniwersalny wynalazek. Umożliwia też kontakt z policją wodną, z dostawcą sushi (ten nieszczęsny kod), a nawet z… amerykańskimi władzami celnymi.

Najpierw sprawa Tomka. Po naciśnięciu odpowiedniego guzika/wklepaniu kodu  odbieramy instrukcję jak należy zachowywać się w wodzie. Przy kolejnej weryfikacji i prośbie o próbkę wyłowionych leków, włącza się nagle amerykański urząd celny. Amerykanie dziękują nam za wykrycie przemytu witaminy C z Rumunii. Nie powiem, jesteśmy dumni. Za moment robi się dziwnie – wydawało mi się, że warsztat jest już zamknięty, a tu pojawił się obok nas jakiś milczący pan. Wygląda, jakby ustawił się w kolejce do zmyślnego urządzenia. Jego obecność jest cokolwiek niepokojąca. Komunikuję się z Amerykanami po angielsku, co w obecności tego pana mile łechce moją próżność.

Pan musi jeszcze poczekać, bo ja ze zmyślnym urządzeniem nie skończyłem. Naciskam znów guzik, ale palec mi się ześlizguje i zamiast mojego przypadku, na ekranie pojawia się sprawa odszkodowania za jakiś dom letniskowy/zimowy na Słowacji.  Urządzenie od czasu do czasu weryfikuje tożsamość interesanta oraz właściwość sprawy. Teraz też zadaje mi pytanie weryfikujące. Na ekranie pojawia się ten dom w słowackich górach, a program pyta mnie, którą lokalną drogą i z jakiego kierunku się do niego dojeżdża. Noszsz cholera – poddaję się.  Nie da się tu wyłudzić ani grosza. Nieoczekiwane pojawienie się górskiego domu zmienia jednak scenerię, co umożliwia płynne przejście do kluczowej części snu.

Dramat w górach.

Teraz jest zima. Tomka już ze mną nie ma. Jestem gdzieś w górach. Mam jechać z dopiero co poznanymi znajomymi na narty. W Karkonosze, ale może nawet gdzieś dalej na południe. Oni tam mają jakąś kwaterę na oku. Bo tu już nudno im jest. Namawiają mnie. No ale ja nie mam nart i w ogóle – słaby ze mnie narciarz.

 – Nie szkodzi. Wypożyczysz. Albo kupisz. Nauczysz się – mówią. Tu już im się znudziło ?  Tu, to znaczy gdzie ?   Wydaje mi się, że jestem jakby u siebie. Tyle, że to teraz wysoko gdzieś w górach. Dojazd od Warszawy jest niby ten sam. Z tym, że teraz cały czas pod górkę. No i nazwy miejscowości po drodze brzmią jak w Beskidzie Niskim w drodze do Barwinka.

No więc jadę pod górę do siebie. Ale dzieje się coś dziwnego. Tył mi ucieka co chwila. Co rusz to poślizg. Tracę przyczepność i sterowność.  Do tego wzrok mnie mami coraz bardziej. Robi się niebezpiecznie. Może nawet w coś przywaliłem.  Oddaję kierownicę.

Po jakimś czasie zmiana kierunku. Teraz zjeżdżam w doliny. Tym razem całkiem sam. Pierwsza prosta – jakże znajoma – bez większych problemów.  No może tylko zbyt dużą prędkość rozwinąłem. A potem zaczyna się koszmar. Droga robi się zaśnieżona. Widać rozrzucone na jej powierzchni zlodowacenia. Koleiny w śniegu. Pędzę wśród nich zbyt szybko. Udaje mi się jednak w końcu ostrożnie wyhamować tuż przed pierwszym zboczem. Bardzo się z tego się cieszę. Nie trwa to jednak długo.

Wkrótce zaczynam tracić kontrolę. Znów zaczyna mi uciekać tył. Toczę się coraz bardziej bezwładnie. Wyrasta mi nagle przed maską człowiek.  Próbuję nacisnąć hamulec.  Pedał hamulca jednak gdzieś się zapadł. Ledwo jestem w stanie dosięgnąć go stopą.  Muszę solidnie wyciągnąć całą nogę, żeby uzyskać jakiś mizerny nacisk.  I nagle szok. Zdaję sobie sprawę, że wzrok mi mętnieje. Zaczyna zacierać mi się obraz drogi. Tak jakbym zasypiał. Natężam się z całych sił,  żeby zachować przytomność.  Bez większego sukcesu. Pozbawiony w gruncie rzeczy wizualnej świadomości czuję wyraźnie, że gnam gdzieś beż kontroli.

Pstryk – świadomość nagle wraca kiedy zsuwam się szybko w dół zwężającą się wyraźnie uliczką. To właściwie schody, nie uliczka. W końcu nieuchronnie się zakleszczam między ścianami domów i… ląduję ostatecznie w jednym z nich. Wjechałem ludziom do chałupy!!! – przemyka mi przez głowę. Nikogo nie ma. Rozglądam się – proste wiejskie wnętrze, ubogie sprzęty. Szukam zniszczeń, których narobiłem. Odgarniam zasłony, żeby znaleźć dziurę w ścianie którą musiałem wybić autem. Tu przecież powinien teraz hulać wiatr… ale nic nie hula. Jedynym śladem incydentu, jest moja zniszczona, otarta mocno walizka. Rozorana wręcz czymś po obu stronach, do tego stopnia, że widać ubrania. Czyżby od tego zakleszczenia? Idę do łazienki i odgarniam leżące w nieładzie szpargały, żeby skorzystać z w.c.  Szukam jakiejś kartki, chcę podać ludziom swoje dane kontaktowe. No przecież do cholery wjechałem im w dom.

Zanim zdążę cokolwiek napisać słyszę kroki. Ktoś idzie ku wejściowym drzwiom!  Naciskam klamkę pierwszy.

– Nie jestem złodziejem – mówię.

Oni chyba wiedzą, że wjechałem im w dom. Wieś im powiedziała. To młode, sympatyczne małżeństwo. Jasne, są wkurzeni. Zwłaszcza kobieta. Ale w tym wkurzeniu zachowuje kulturę.

– Jak to możliwe ? – pyta. Myśli chyba, że piłem.

– Ależ nie, to nie tak. Miałem po prostu ciężki dzień.

– No nie! On nam teraz będzie opowiadać że szczegółami swój dzień. Od samego rana! – irytuje się ona.  A ja poczułem właśnie nieodpartą potrzebę, żeby im o tym opowiedzieć.

– Ależ proszę posłuchać, to dla mnie bardzo ważne.  – No i opowiadam historię z Tomkiem, z sushi, warsztatem, incydentem ratowniczym, ze zmyślnym urządzeniem i Amerykanami.

-Zadzwoniliście po policję ? – ktoś pyta.

 -Tak czekamy aż Józiek po obchodzie się pojawi. Ma też inne sprawy we wsi. – odpowiada ona.

A ja mówię im,  że to mój drugi wypadek w ciągu kilku dni. Wczoraj odebrałem samochód z warsztatu przecież. I w tym momencie boleśnie sobie uświadamiam brutalną prawdę. Mówię im szczerze, że mam prawdopodobnie jakieś zaburzenia wzroku. Może to są nawet zaburzenia mózgu. Mówię, że wcześniej nigdy mi się nic takiego nie przytrafiało. Byłem dobrym kierowcą. 

–  Jak można wiedząc o tym siadać za kierownicę? – kobieta na to. 

No… no nie wiedziałem, zlekceważyłem najwyraźniej te pierwsze objawy. No kurcze – nie pojadę na te narty, w ogóle już być może nigdy nigdzie nie pojadę…  nie poprowadzę już samochodu… Pogrążam się po same uszy w tym bezbrzeżnym poczuciu winy i straty. Tkwię w nim jeszcze kilka sekund po obudzeniu, aż w końcu pojawia się uczucie ogromnej ulgi i rozprzestrzenia się wewnątrz mnie.

Gocławska odyseja – czyli sen drogi

Prolog – autobusowe perturbacje

Jestem w autobusie linii 158. Nie wiem dlaczego pojawił się w Alei Stanów Zjednoczonych zamiast zjechać z wiaduktu w Kinową. Jest straszny tłok. Wysiadamy, żeby dać ludziom wyjść, a  potem wskakujemy z powrotem. Brat ledwo, ledwo daje radę się wcisnąć przez zamykane, a raczej składane jakoś staroświecko – jak w starym tramwaju – drzwi.  Jedziemy mostem Łazienkowskim i moim oczom ukazuje się na lewym brzegu rzeki niesamowity widok. Gdzieś na wysokości parku Ujazdowskiego, a może niżej na Myśliwieckiej widzę ogromny kolorowy banner wielkości dużego bloku – chyba jakiś hologram, bo facet na nim porusza ustami. Wołam brata, ale ten hologramowy facet coraz bardziej maleje i ostatecznie niesiony na barana na barkach innego gościa, wyłania się ze schodów na naszym przystanku. Tłok w autobusie się zmniejszył. Brat wdaje się w sprzeczkę z „pasażerem Francuzem.”  Po pierwsze – nie poznaję brata, wygląda na to, że zaraz rzuci się na gościa, jeśli tamten coś odpowie. Po drugie, nie wiem, czy to prawdziwy Francuz, czy tak go tylko brat nazwał. Grunt, że do bójki nie dochodzi. Autobus tymczasem próbuje odpalić, żeby ruszyć z przystanku. Ale idzie to z ogromnym trudem. W końcu jakoś rachitycznie rusza. „Cholera to 158” – przypomniałem sobie. On nie powinien jeździć Trasą Łazienkowską i pewnie zaraz gdzieś skręci. Chcę więc szybko wysiąść i jakimś cudem się to udaje – chyba przez okno po przeciwnej stronie drzwi. Patrzę, a autobus jest ciągnięty przez konia – i to pod górę w kierunku Placu na Rozdrożu. Kierowca trzyma wprawnie lejce. Cieszę się, że wychodząc ulżyłem koniowi. Ten jednak dziarsko daje sobie radę i nie wygląda na cierpiącego.

Schody w kierunku Placu na Rozdrożu gdzieś zniknęły. Ludzie stawiają nogi na prowizorycznie ułożonym podejściu z gałęzi. Nagle znalazła się przy mnie Marta, która krytykuje mój sposób stawiania nóg na tych gałęziach i pokazuje jak trzeba to zgrabnie robić. Fakt, trochę mi się nogi w tych gałęziach zapadają…

Odyseja

A potem zmiana scenerii. Gocław, gdzieś w pobliżu Przyczółka, na granicy z Saską Kępą. A tam dziwny dom-apartamentowiec. Jestem w mieszkaniu – czuję, że należy do mnie. Idę sobie przedpokojem i nagle zdaję sobie sprawę, że musiało być tam przejście do innego mieszkania. Przeoczyłem je, bo stoję oto w kompletnie mi obcych wnętrzach. Coraz bardziej rozpaczliwie poszukuję drogi powrotnej, ale trafiam tylko na średnio zdziwionych moją obecnością tutejszych domowników. Jakaś starsza pani w szlafroku patrzy na mnie, jakbym przechodził tędy kilka razy dziennie. Ktoś właśnie wpadł na mnie wychodząc z pokoju. Ktoś inny jest w łazience. A ja przepraszam i przepraszam. Miotam się po tym obcym mieszkaniu biegając od drzwi do drzwi i próbuję desperacko znaleźć wyjście. W końcu je znajduję – ale to drzwi na piętro i klatkę schodową. Niby nic prostszego – trzeba teraz wejść do mojego mieszkania głównymi drzwiami. Tylko, że … nie jestem pewien czy mam klucze, a poza tym… jak to mieszkanie do cholery znaleźć ? Na klatce schodowej jest trochę jak w hotelowym korytarzu. Gąszcz numerów, stanowczo za dużych, wykaligrafowanych elegancką czcionką. Są też strzałki pokazujące gdzie podążać. Tylko, że porządek tych numerów nie układa się w żaden logiczny ciąg. Mój numer nigdzie tu nie pasuje. Zrezygnowany wychodzę na osiedlowe podwórko. Wpadam na jakiegoś boksera-celebrytę, który żąda by zawołać jego menadżera, bo właśnie odkrył swoje powołanie i będzie pisać wiersze. No i zaczyna mi jakieś wiersze recytować. Postanawiam obejść blok. Jestem pewien, że z drugiej strony jest wejście i klatka schodowa, które dobrze znam. Tam na pewno rozpoznam drogę do mieszkania.

Ale dom, który zacząłem okrążać jakby się powiększył i stał się jakiś obcy. Kontynuuję to obchodzenie wspinając się na prywatne tarasy pełne plażujących tam właścicieli. Wchodzę w jakieś bramy  i przejścia między blokami będąc pewien, że zaraz ujrzę znajome wejście. Ale nic z tego. Nic nie wskazuje, że się do niego zbliżam. Zupełnie jakby ktoś się mną bawił. Wchodzę w kolejne przejście a tam  japoński lokal, którego skośnooki damski personel uprzejmie mnie wita i zaprasza do środka. Odbywa się tam właśnie przyjęcie dla mafijnych bossów i policjantów, połączone z jakąś prelekcją. Japonki wzięły mnie za jednego z gości. Udaje mi się w końcu wyrwać z ich uprzejmych rąk. W drzwiach mija mnie dziwny niski, brodaty gość, odziany w coś w rodzaju tuniki i z jakąś siatką maskującą na głowie. „Jestem pierwszy z policji” – przedstawia się.

Kontynuuję poszukiwania – dołącza teraz do mnie jakaś towarzyszka niedoli. Zza ściany bloku wychyla się okrągła twarz koleżanki z klasy. Po chwili wyłania się cała jej masywna sylwetka. Nie wiem, czego ode mnie chce i skąd ta jej ostrożność. Moja towarzyszka pcha wózek zakupowy, w którym teraz siedzę i oglądam się za klasową koleżanką. Mówię dziewczynie, że pierwszy raz widzę tę koleżankę w sukience. Bo ona, jak w jakimś stroboskopowym filmie eksperymentalnym, raz jest w sukience, a raz w spodniach. Zamiast przybliżać się do mojego mieszkania chyba się od niego oddalamy. Ale Gocław staje się coraz bardziej fascynujący.

Nie ma tu teraz nudnych pudełkowych bloków. Krajobraz zrobił się ciekawszy. No i ludzi jakby więcej. Wchodzimy do jakiejś galerii. Odbywa się tu wernisaż, bo jest tłumnie i wokół atmosfera luźnego przyjęcia. Do mnie i dziewczyny dołączył jakiś kolega. Schodzimy przepychając się schodami w dół. Tracę gdzieś moich towarzyszy z oczu. Na dole spiralne schody wychodzą na zabudowane ze wszystkich stron podwórko. Wołam, ale nikt z mojej kompanii nie odpowiada. Za to z wejścia naprzeciw spiralnych schodów startuje do mnie jakaś Hiszpanka z pretensjami. Chyba o te krzyki. Skąd wiem, że to Hiszpanka? Nie pytajcie. Co gorsza, za chwilę wychodzi za nią z tej klatki cały tabun ubranych na czarno Hiszpanów. Zaczyna mnie to lekko niepokoić. Niepotrzebnie. Hiszpanie ustawiają się w pary i zaczynają urokliwy, barokowy taniec. Tańczą pięknie, muzyka fantastyczna tyle, że klasyczne dźwięki płynnie się zmieniają. Widzę, że Hiszpanom przygrywają  „Wawele”. To jest ich benefis. Obaj posiwiali liderzy „Waweli” z bujnymi czuprynami przypominają mi Karola Marksa (choć wiem, że lider był jeden i był nim Jan Wojdak).  Ludzie podłapują melodię, śpiewają refren. Wszystko na tym podwórku. A potem impreza stopniowo zamiera. Chcę odnaleźć towarzyszy. Szukam schodów w górę, którymi tu przyszedłem. Ale znów są problemy. Trafiam na jakieś klatki schodowe z mieszkaniami. W końcu zaczepiam kogoś, a ten mi odpowiada, że muszę wrócić na imprezę do galerii – tam jest wyjście na zewnątrz. Przechodzę więc jeszcze raz to podwórko-studnię i znajduję w końcu spiralne schody. Idąc w górę chwytam kanapki i ciasta i pakuję je sobie łapczywie do ust. Jedno z ciast spada mi na podłogę, ale czujny kelner błyskawicznie je podnosi i podaje. W końcu jestem na zewnątrz. Odnajduje się mój towarzysz poszukiwań i towarzysząca mi od początku dziewczyna.

A Gocław wygląda teraz niesamowicie pięknie. Pojawiły się tu nie wiedzieć skąd  wspaniałe stare kościoły z piękną architekturą. Stare, okazałe budynki zwieńczone niesamowitymi, fantazyjnymi dachami, pełnymi oryginalnych rzeźb. Fantastycznie to wszystko wygląda na tle pięknego niebieskiego nieba tuż przed zachodem słońca. Gdzieś daleko widać jakby Zamek Królewski. Oglądam rzeźbione dachy kościołów i pałaców, a tu ogromny gargulec na jednym z nich nagle zmienia kolor, jarzy się i ożywa. Pręży się i wydaje groźny pomruk. To pewnie wielki realistyczny hologram i nie jedyny tutaj. Idziemy dalej – przechodzimy obok jakiegoś boiska. Tyle, że to boisko się rusza, wypiętrza. Z części tych wypiętrzeń wyłaniają się dinozaury i inne potwory. To wszystko wygląda na jakiś park tematyczny, ale na wszelki wypadek idziemy dalej. Krajobraz zrobił się teraz kompletnie niegocławowy.

– Czy to Gocław? – pytam przechodnia. – Nie – pada odpowiedź. – Jesteście na południe od Gocławia – tu pada jakaś nieznana mi nazwa dzielnicy.

„Kurcze, ale miasto się rozwija” – przechodzi mi przez głowę – „nie byłem tu jakiś czas i popatrz..”. Ktoś mówi, że jest już po północy, ale ciągle jest bardzo jasno. Próbuję dodzwonić się do domu i dać znać o mojej sytuacji. Ale właściwie gdzie i do kogo dzwonię? Chcę powiedzieć, że będę późno, a właściwie to nie mam pojęcia czy znajdę mieszkanie i  jak w ogóle do niego wejdę. Próbuję, ale nie jestem w stanie wbić numeru. Coś mi zawsze przeszkadza.

Skręcamy ku Wiśle, albo to Wisła skręca ku nam. Krajobraz się zmienia. Dziczeje. Tak, czy inaczej – Wisła  stanowi punkt odniesienia. Ruszamy wzdłuż niej na północ. A tam piaskowe hałdy, górki. wielkie powalone drzewa, błotniste zatoczki. Prywatne posiadłości pogrodzone drutem. Ale brzeg jest dostępny dla wszystkich, więc idziemy. Jakiś celebryta odpala ponton z motorem, ale nie chce nas zabrać. Wspinamy się na kolejny klif, a potem musimy zbiec po stromym zboczu. Patrzę, a całe to zbocze usiane jest jakimiś wielkimi, paskudnymi, obłymi, tłustymi robalami. Brrr! Pędzę w dół starając się je ominąć, część pewnie rozgniatam.

Dalej trafiamy na jakiś przywiślany bar, może klub. Specyficzne miejsce. Od samych drzwi zaczyna się ostra sprzeczka. Nasza dziewczyna sugeruje, żeby na wszelki wypadek mieć butelkę pod ręką – może się zaraz przydać. No więc chwytam jakąś za szyjkę. Ale barman rozładowuje atmosferę i tylko butelek nie można odstawić porządnie na półkę, bo ta jest krzywa i butelki zjeżdżają w dół.

Wpadam na pomysł, żeby spławić się po prostu tą Wisłą z prądem. Zwycięża jednak idea, żeby od rzeki trochę odbić. Przecież moje mieszkanie jest trochę w głębi Gocławia. No więc idziemy. A naszym oczom ukazują się niesamowite krajobrazy. Ostańce skalne wśród czerwonawej suchej ziemi – jak na granicy Arizony i Utah. Znów jakieś górki i dolinki. A pośród nich statek wywleczony na ląd. Sieć jakaś zwisa mu z burty. Rzucam się na tę siatkę i wspinam, ale tuż przed celem utykam na dobre. Przez burtę wychylają się jacyś ludzie i mówią żebym się wyprostował. Wyciągam w górę ręce. Chwytają mnie czyjeś silne dłonie i pomagają wleźć. Na górze jest….  targ legijnych pamiątek. Kolega dumnie pokazuje przedramię wymalowane w legijne barwy. Ja krążę między stoiskami. Jednak nic nie przypada mi do gustu. Znów zrobiło się miejsko. Wkoło osiedla. Pogrążam się w świat tych blokowisk, ale nadzieja, że odnajdę w końcu moją gocławską Itakę pryska. Budzę się.

Dodaj komentarz