Funkcja

Ballada o lirycznym kibolu

Pokochałem kobietę, która porosła książkami. Brzmi debilnie, prawda ? Jak w tych pieprzonych romansidłach, które uwielbiała moja matka. Ale nic na to nie poradzę. Ja, Charlie Watts zwany przez kumpli Gorylem, kocham ją i sam nie mogę uwierzyć w to co mówię.

Wszystko zaczęło się od meczu z Nottingham Forest. Pokazaliśmy tym kutasom gdzie ich miejsce. Dwie bramki McDermotta i The Kop oszalała ze szczęścia. Dalglish był wszędzie, a Jimmy Case biegał po skrzydle jakby miał motor w tyłku. Potem całe Anfield wzniosło czerwono-białe szaliki i pięćdziesiąt tysięcy gardeł triumfalnie odśpiewało nasz hymn.

Idź przed siebie, dalej krocz, z nadzieją w sercu.

A nigdy nie będziesz szedł sam

Nigdy nie będziesz szedł sam

Wracaliśmy ze stadionu drąc mordy. Na rogu Norton Street i London Road wpadliśmy na te cioty z Forest Executive Crew. Zupełnie się nas nie spodziewali tak daleko od stadionu. Mieli już całkiem blisko do stacji Lime Street i bezpiecznego azylu w pociągu do Nottingham. Było nas więcej, więc spoglądali na nas niepewnie, z głupio rozdziawionymi gębami.

– Zajebać frajerów ! – ryknął Gruby i po chwili siedzieliśmy tamtym na karkach. Próbowali uciekać, ale na swoje nieszczęście skręcili w ślepy zaułek. Chwilę potem wszystko się kotłowało. W ruch poszły pięści, glany, kosze na śmieci – wszystko co było pod ręką. Paru gości zalało się krwią. Takie są reguły gry, wlazłeś na naszą liverpoolską ziemię – masz wpierdol.

Tych z Nottingham fart jednak całkiem nie opuścił. Dźwięk policyjnych syren wyrwał nas z bitewnego amoku. Teraz wszyscy byliśmy w pułapce. Żeby się z niej wyrwać trzeba było przebić się przez ławę stróżów prawa biegnących ku nam w tych swoich śmiesznych hełmach.

– Jebać psy ! – wrzasnął ktoś od tych z Forest i nasze połączone siły wbiły się w policyjny kordon. Gruby i ja spędzamy sporo czasu na siłowni, więc gliny naprzeciw nie miały szans, by wytrzymać impet uderzenia. Nim zdołali ponownie stanąć na nogi mieliśmy już kilka jardów przewagi. Wydostaliśmy się co prawda na London Road, ale policjanci nie dawali za wygraną. W dali błyskały światła nadjeżdżających radiowozów. Rozdzieliliśmy się. Gruby skręcił w lewo w Craven Street, a ja wbiegłem w jakąś bramę. Na drzwiach był napis „Biblioteka Publiczna”. Niewiele myśląc wszedłem do środka.

Za bibliotecznym kontuarem stała Ona. Zupełnie inna niż Sandra i mała Jess, z którymi popijamy z Grubym w pubie u Grega. Taka jakaś subtelna i niewinna, przyglądała mi się z zainteresowaniem. Najpiękniejsza dziewczyna jaką w życiu widziałem. Za oknem słychać było odgłosy policyjnych radiowozów, a mój wygląd mówił wszystko. Stałem tak oniemiały, kiedy podeszła, wyjęła papierową chusteczkę i starła mi ślady krwi z policzka.

– Zdejmij to i siadaj tam – pokazała na krzesło w pustej czytelni.

Oddałem jej posłusznie poddartą, czerwoną koszulkę Liverpoolu, którą na mecze nawet zimą zakładam na wierzch. Skórzaną kurtkę powiesiłem na wieszaku. Wróciła do mojego stolika z jakąś książką.

– To klasyka, na pewno czytałeś – powiedziała uśmiechając się. Spojrzałem na okładkę; Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”. Ledwo zdążyłem wsadzić nos w książkę, do środka weszło dwóch policjantów, omiatając wnętrze biblioteki badawczym spojrzeniem.

– Niestety nie znalazłam wybranych dzieł Seneki, w przyszłym tygodniu powinny już być zwrócone – powiedziała do mnie oficjalnym tonem. Zrobiłem najmądrzejszą minę na jaką było mnie stać i pokiwałem głową.

– Panowie chcieliby coś wypożyczyć ? – zagadnęła nieco zbitych z tropu policjantów. Ci, jakby przez moment się wahali. Nie da się ukryć, nie wyglądam na książkowego mola.

– Dziękujemy, może kiedy indziej – cholera czułem, że nie spuszczają ze mnie wzroku. Pewnie trwało to tylko kilka sekund, ale dla mnie dłużyły się jak wieczność.

– Miłego dnia – usłyszałem w końcu. Kiedy wyszli mijając w drzwiach starszą parę, odetchnąłem głęboko.

Przesiedziałem tam może pół godziny, dopóki za oknem nie ucichły policyjne syreny. Spędzałem dotąd czas w pubach, nie w bibliotekach. Jeśli brałem do ręki jakieś książki, to poradniki dla kulturystów, a nie opowieści o jakichś trzech pedałach pływających łódką – w dodatku z psem. I kim do kurwy nędzy jest ten Seneka ? Nie mogłem oderwać wzroku od mojej wybawicielki, zajętej wypisywaniem czegoś na małych karteczkach. W świetle lampy wyglądała tak pięknie. Chciałem podejść, zagadać, ale kiedy znowu uśmiechnęła się rzucając na mnie to swoje aksamitne spojrzenie, zabrakło mi odwagi. Bo co właściwie miałbym jej zaproponować ? Guinessa w spelunie u Grega, czy może koncert mojej ulubionej punkowej załogi Sham 69 ? Różnimy się – zaakceptuj to Charlie.

– Dziękuję – tylko to zdołałem wykrztusić, kiedy podszedłem do jej biurka. Odebrała książkę i wręczyła mi reklamówkę z moją pokrwawioną, klubową koszulką.

– Mam na imię Charlie, a ty ? – zdobyłem się na odwagę.

– Julia. Wpadniesz tu jeszcze kiedyś ? – znowu uśmiechała się tak, że traciłem resztki pewności siebie.

– O tak, na pewno. To bardzo interesująca książka – bardziej idiotyczny tekst nie mógł mi w tym momencie wpaść do głowy. Weź się w garść Charlie. Nie pozwolisz chyba, żeby to się tak beznadziejnie skończyło. Zebrałem się w końcu jakoś do kupy.

– A ten Seneka… może masz coś jego do poduszki ? – z trudem powstrzymała się od śmiechu.

– Jasne, poczekaj sekundę, a w międzyczasie wypełnij formularz – po chwili wróciła z jakąś książką. „Aforyzmy. Seneka młodszy”. Przekartkowałem kilka stron. Jakiś słownik, czy co do cholery ?

– Miłej lektury Charlie. – podała mi kartę biblioteczną.

– Och, nie zajmie mi dużo czasu, jestem pożeraczem książek – wyszczerzyłem do niej zęby, pożegnałem się i wyszedłem.

No cóż – jak to ujął wujek Graham przyłapany przeze mnie kiedyś na kweście Armii Zbawienia: „zdobycie kobiety synu wymaga czasem poświęceń”. Wujek był największym twardzielem w Toxteth, ale stracił serce dla największej dewotki w okolicy. Wytrzymał z nią jakieś dwa miesiące. Zastanawiając się jaki morał płynie z historii wujka Grahama skręciłem w London Road i … odbiłem się od kogoś. Trzeba mieć moje pieprzone szczęście, żeby odbić się akurat od policjanta. Dokładniej – policjanta z biblioteki.

– I co koleś. Myślisz, że jesteś taki cwaniak ? Mnie nie tak łatwo oszukać. Wystarczy spojrzeć na tę twoją tępą gębę. – cedził teraz trzymając mnie za ramię.

Nie wiem jak to się stało. Naprawdę nie wiem dlaczego wtedy przed wyjściem z czytelni mój wzrok padł akurat na to zdanie. Było przecież tylko ciągiem niezrozumiałych słów. Nie mam pojęcia dlaczego wryło mi się w mózg i dlaczego akurat teraz potrząsałem gliniarzowi przed nosem Seneką, a ono tak po prostu wyszło z moich ust.

– SI VIS AMARI, AMA[i] !

Zaskoczony policjant wybałuszył głupio oczy.

– Dave zostaw chłopaka. To pewnie jeden z tych walniętych studentów. Pełno się ich tu kręci o tej porze – powiedział drugi glina. Jedno jest pewne. W tamtej chwili na własnej skórze przekonałem się jak ważne w życiu jest czytanie książek.

Od ojca dowiedziałem się, że Grubemu nic się nie stało. Odkąd wywalili go z roboty w dokach rzadko trzeźwiał, zwłaszcza kiedy grał Liverpool. Widocznie z kasą musiało być już bardzo krucho, bo tym razem siedział przed telewizorem i oglądał w milczeniu powtórki meczów. Nie miałem już ochoty do Grubego oddzwaniać. Wypiłem piwo i zapadłem się w łóżko. Długo nie mogłem zasnąć myśląc o dziewczynie z biblioteki. Znów byłem na London Road. Drzwi do czytelni otworzyły się bezszelestnie. Podszedłem do Julii mijając regały pełne książek. A ona wyciągnęła ręce uśmiechając się w ten swój zagadkowy sposób. Jej ręce zaczęły nagle się wydłużać, oplatając mnie jak pnącza jakiejś egzotycznej rośliny. Wkrótce pojawiły się na nich pąki nieznanych mi kwiatów. Z ich wnętrza zaczęły wydostawać się książki. Zewsząd otaczał mnie szelest ich stron. Zanim jedna z nich zaczęła wrastać mi w otwarte ze zdumienia usta, zdołałem dostrzec nazwisko autora. Lucius Annaeus Seneca.

Obudziłem się oddychając ciężko. Z plakatu patrzył na mnie uśmiechnięty król Kenny Dalglish wyciągający rękę w triumfalnym geście. Byłem znowu w swoim świecie. I tak musiało zostać.

*

Przez kilka kolejnych dni starałem się o Julii zapomnieć, ale średnio mi się to udawało. Po pracy w porcie jak zwykle spotykałem się z Grubym w pubie. Teraz też siedzieliśmy tam w oparach dymu popijając bittera, grając w rzutki i podśpiewując refren „If the Kids are United” Sham. Gruby zapisał się do związków i męczył mnie opowieściami o strajkach kierowców ciężarówek.

– Ten kraj schodzi na psy – odpowiedziałem – ojciec mówił, że niedługo zaczną strajkować nawet liverpoolscy grabarze. Gruby zaśmiał się, pociągnął piwo i klepnął mnie radośnie w plecy.

– Grunt, że w niedzielę jedziemy do Manchesteru. Nie mogę się już doczekać jak skopiemy tyłki tym z United. – O tym jak ważne było skopanie tyłków Manchesterowi United wiedziało każde dziecko z Merseyside. Zwłaszcza po zeszłorocznym finale Pucharu Anglii, przegranym przez nas 1-2 na Wembley.

Stałym punktem naszych wieczorów było spotkanie z dziewczynami. Ale bujne kształty Sandry już mnie tak nie kręciły jak kiedyś. Patrzyłem na nią, a widziałem dziewczynę z biblioteki o delikatnym uśmiechu. Więc kiedy Gruby odstawił szklankę i zaczął ciągnąć mnie do wyjścia, odmówiłem.

– Odjebało ci ? – to brzmiało bardziej jak stwierdzenie faktu, niż pytanie.

– A może wybierasz się do tej bibliotekarki wypożyczyć „Poradnik seksu grupowego” albo „Atlas ćwiczeń kulturystycznych”? Człowieku, ty do tej cipy kompletnie nie pasujesz. – Gruby zapalał się coraz bardziej.

– Jeśli myślisz, że ona zrobi ci laskę tylko dlatego, że…

Nie dokończył, bo moja pięść wylądowała na jego szczęce. Wygięło go w tył i przeleciał przez stół demolując stojące za nim krzesła.

– Kompletnie ci odbiło debilu – wycharczał plując krwią.

Gruby nie chował długo urazy. Znaliśmy się od małego i niejeden raz targaliśmy po szczękach. Taka męska przyjaźń. Poza tym zbliżał się wielki dzień derbów północno-zachodniej Anglii. Trzeba było zewrzeć szyki na spotkanie z Czerwoną Armią United.

*

Trzydzieści trzy mile do Manchesteru pokonaliśmy rozśpiewanym autokarem w niecałą godzinę. Pół godziny przed meczem, przy akompaniamencie przeraźliwych gwizdów, wkroczyliśmy na wyznaczony dla nas sektor za jedną z bramek. Kiedy sędzia wyprowadził drużyny na boisko, Old Trafford wybuchł emocjami. Ale nasi szybko zgasili entuzjazm miejscowych. Case, Souness i McDermott przechwytywali w środku wszystkie piłki. Już w piątej minucie Case swoim stylu przedarł się skrzydłem i dośrodkował. Alan Kennedy uderzył piłkę głową i było 0-1. Dwadzieścia minut później znowu skakaliśmy z Grubym jak oszalali, bo Case dobił z bliska strzał Dalglisha. United wyglądali jak zamroczony bokser, a Ray Clemence w naszej bramce mógł się spokojnie zdrzemnąć. Jednak zaraz po przerwie Manchester zaatakował groźnie, a fani miejscowych odzyskali nadzieję i wigor. Na szczęście stary Emlyn Hughes skutecznie rozbijał ich ataki, a kiedy po strzale Lou Macariego piłka minęła już Clemence’a i miejscowi kibice zrywali się z miejsc, Phil Thompson zagrodził jej drogę do bramki.

Piłkarze United ciągle napierali, a trybuny wspierały ich głośnym dopingiem. I wtedy ten rudy gówniarz Fairclough zrobił coś niesamowitego. Dostał piłkę w środku boiska, na pełnej szybkości minął czterech przeciwników i spokojnie puścił piłkę pod brzuchem padającego na ziemię bramkarza United. Cały nasz sektor oszalał. Rozejrzałem się wokół, żeby zapamiętać dobrze ten moment i zamarłem. Nie mogłem w to uwierzyć. Kilkanaście jardów ode mnie, stała Julia ubrana w koszulkę Liverpoolu i uśmiechała się do mnie tym swoim zniewalającym uśmiechem. Z naszego sektora coraz donośniej rozlegała się triumfalna pieśń.

Bo nigdy nie będziesz szedł sam

Nigdy nie będziesz szedł sam

*

I co ? Myślicie, że rozbrzmiały wtedy anielskie chóry, rozdzwoniły się dzwoneczki, ptaszki zleciały się, żeby szczebiotać o spełnionej miłości i wszyscy żyli długo i szczęśliwie ? No to wam kurwa powiem, że nic z tych rzeczy. Ale po kolei.

Kiedy nasi chłopcy podeszli pod trybunę żeby podziękować za doping co chwila zerkałem w jej kierunku. Raz czy dwa nasze spojrzenia skrzyżowały się i chciałem wierzyć, że śmieje się nie tylko dlatego, że Liverpool właśnie zmiażdżył United. Nie była sama. Po jej lewej stał starszy mężczyzna o wyglądzie łowcy rekinów z filmu „Szczęki”. Po prawej zaś jakiś chłopak, który musiał zainwestować sporo wysiłku i żelu, by upodobnić się z fryzury do Tony’ego Manero z „Gorączki sobotniej nocy”. Wiedziałem już, że nie mogę tak tego zostawić. Kiedy wiwaty przycichły dałem Grubemu znak i ruszyłem w ich kierunku. Julia chyba na to czekała. Wskazała na mnie.

– Tatusiu, to jest Charlie, Charlie jest miłośnikiem literatury antycznej, uwielbia Senekę – w jej oczach dostrzegłem diabelskie ogniki. Cóż, pozostało mi tylko grzecznie się ukłonić i wyciągnąć rękę. Sądząc z uścisku, był podobny do Quinta nie tylko z twarzy.

– Charlie to jest Mark – Tony Manero skrzywił się w powitalnym uśmiechu. Ale może dlatego, że teraz to ja zrobiłem ze swojej dłoni imadło.

– Doprawdy ? Chyba jest pan wyjątkiem. Myślałem, ze dzisiejsza młodzież preferuje raczej coś w stylu „Wszystko co zawsze chcieliście wiedzieć o seksie (ale baliście się zapytać)”, – mrugnął porozumiewawczo. Zaczynał mi się ten gość podobać.

– Nie wiem, u nas dorwał się do tego ojciec, nie zdążyłem nawet zajrzeć.

Roześmiał się i klepnął mnie przyjaźnie w ramię. Podszedł Gruby, więc go przedstawiłem.

– Mamy wolne miejsca w samochodzie, może wrócicie z nami ? – zaproponowała Julia. Gdyby wzrok Marka mógł teraz zabijać, nie doczołgałbym się nawet do wyjścia.

– Chętnie. Chyba nie mamy już szans, żeby zdążyć na najbliższy pociąg.

Gruby uniósł brwi i spojrzał na mnie jakbym wyłączył mu telewizor w środku kolejnego odcinka „Aniołków Charliego”. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę. W końcu przyjaźń wygrała jednak z rozśpiewanym autokarem, wypełnionym whisky i kumplami chętnymi by nalać kolejną kolejkę. Dziesięć minut później siedzieliśmy już w samochodzie krążąc po ulicach Manchesteru. Mark prowadził. Kilka aut pozdrowiło nas dźwiękiem klaksonów. Wystający z ich okien młodzieńcy wrzeszczeli coś do nas potrząsając triumfalnie czerwono- białymi szalikami Liverpool FC. Ojciec Julii okazał się nauczycielem historii w jednej z prywatnych szkół. Mark był ich sąsiadem. W przednim lusterku widziałem jego nadętą twarz okoloną nienaganną fryzurą. On też od czasu do czasu mi się przyglądał.

– Czyli studiujesz literaturę Charlie ? Ja ekonomię na Liverpool University.

– Właściwie to … hmm budowę okrętów – Gruby nagle ostro zakasłał, jakby jakaś ość utknęła mu w gardle.

– No proszę, przyszły inżynier z duszą humanisty. – włączył się z przedniego siedzenia ojciec Julii – A za co tak kochasz Senekę Charlie ? – Grubemu kaszel przeszedł teraz w jakiś nieokreślony charkot. Przełknąłem ślinę.

– To był cholernie mądry facet. Aż niewiarygodne, że żył tysiąc lat temu. Vivere militare est[ii] – nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Albo to: Ignoranti quem portum petat, nullus suus ventus est…. Gruby wytrzeszczył na mnie oczy jakbym zamienił się co najmniej w Farrah Fawcett-Majors[iii].

– Temu kto nie wie do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr. – powtórzył sentencjonalnie ojciec Julii. – Cnota, natura, obowiązek. No i rozum. Przydałoby się więcej stoików w dzisiejszym pokręconym świecie. Widzicie ? – wskazał na hałdy śmieci wylewające się z pojemników między blokami. – To strajkowe szaleństwo musi się w końcu skończyć. Kiedy Maggie Thatcher zostanie premierem zrobi porządek ze związkami.

Gruby uniósł głowę i otwierał już usta żeby zaprotestować, ale szybko i dyskretnie walnąłem go w żołądek.

– Ummm…- zwinął się na moment.

– Cieszę się, że się ze mną zgadzasz Connor – Gruby ma na imię Connor – widzę, że nie wszyscy młodzi dali się omotać tym komunistom.

Mark zatrzymał auto na stacji benzynowej przy wylocie z miasta. Ojciec Julii i Gruby zniknęli za drzwiami toalety, a ja zostałem w końcu z nią sam na sam. Przy kasie stał telewizor, w którym prężył się Rod Stewart zachęcając jakąś blondynkę, by nie traciła niepotrzebnie czasu i po prostu dała mu znak, jeśli chce jego ciała i uważa że (on) jest sexy. Kurcze, naprawdę życie byłoby znacznie prostsze…

– Widzę Charlie, że Seneka najwyraźniej cię nie uśpił. Znasz już chyba wszystkie jego mądrości.

– Mówiłem przecież – jestem pożeraczem książek, zwłaszcza jeśli poleca je zakonspirowana fanka Liverpoolu. W dodatku tak niepodobna do innych bibliotekarek – zaśmiała się.

– Hmmm i wszystkie tak komplementujesz ?

Jeśli tylko chcesz mnie, po prostu wyciągnij rękę i mnie dotknij, śmiało kochanie – kusił półszeptem Rod Stewart.

Pokręciłem z uśmiechem głową.

– Szczerze mówiąc nie znam ich tak wiele.

– A co do Liverpoolu – ojciec im kibicuje od dziecka, nie miałam chyba wyjścia.

– A Mark ? To znaczy… długo go znasz ? – wzruszyła ramionami.

– Mark jest kumplem. Kumplem, który bardzo chce zabrać mnie na wakacje do Hiszpanii.

W głowie szeleścił mi ciągle głos Roda Stewarta, chociaż z odbiornika leciało już rytmiczne reagge zespołu 10CC opowiadające historię dredowych wakacji. Zebrałem się na odwagę.

– Nudny palant z tego Marka. Ja zabrałbym cię na Jamajkę… – zastanawiałem się chwilę czy też nie przejść w półszept, ale z toalety wyłonił się Gruby.

– Kurwa Charlie, co to było ? Duch święty cię nawiedził i zacząłeś mówić w obcych językach? I o co chodzi z tymi pieprzonymi słoikami ? Coś ty z nim zrobiła dziewczyno ?! – Zaczęliśmy się śmiać.

Ojciec Julii uregulował rachunek i wyszliśmy na zewnątrz. Ciągle jeszcze było jasno. Samochód Marka stał parę metrów dalej na parkingu a jego pobladłego właściciela otaczało kilku gości w barwach Manchesteru United. Chciałem kulturalnie przemówić im do rozumu i poprosić, żeby zostawili nas w spokoju, ale kiedy zobaczyłem z bliska ich mordy moja oracja sprowadziła się jakoś spontanicznie do jednego słowa:

– Wypierdalać !

Największy z nich zamachnął się na mnie, ale zanurkowałem mu pod łokciem i prawym sierpem z całej siły walnąłem go w brzuch. Gościa który nadbiegał tuż za nim osadziłem w miejscu kopem w splot słoneczny. Trzeci z nich wskoczył na mnie z tyłu próbując zacisnąć mi ramię na szyi. Złapałem za nie i pochyliłem się szybko. Facet zatoczył łuk w powietrzu i trzepnął plecami o asfalt. Wyprostowałem się podnosząc gardę, ale było po wszystkim. Gruby właśnie żegnał kopem w tyłek jednego z atakujących go gnojków. Po chwili nie było po nich śladu.

Najrozsądniej było szybko opuścić to miejsce. Bez zbędnych słów załadowaliśmy się do auta i chwilę później byliśmy już na wylotówce.

 – Gdzie się tak nauczyłeś walczyć synu ? – dało się wyczuć w głosie ojca Julii podziw.

– Ach, ćwiczymy czasem sporty walki…na uczelni – odparłem poprawiając spodnie.

Nie wiem ile mogła trwać dalsza podróż. Ojciec Julii opowiadał Grubemu o tym jak Bill Shankly wprowadzał Liverpool do pierwszej ligi. Mark w milczeniu prowadził. A ja byłem gdzieś na innej planecie. Obok siedziała Julia i nasze dłonie jakby przypadkiem się zetknęły. Przesunąłem nieśmiało palcami po jej dłoni. Nie cofnęła jej. Poczułem jak przesuwa też delikatnie swoje palce po mojej. Po chwili trzymaliśmy się za ręce. Nikt z naszych towarzyszy podróży nie mógł tego dostrzec.

Poprosiliśmy z Grubym, żeby wysadzili nas niedaleko pubu Grega. Trzeba było przecież uczcić dzisiejszy triumf. Najpierw Liverpool, potem Julia – nie pamiętam drugiego tak zwariowanego i szczęśliwego dla mnie dnia. Przed wyjściem spojrzeliśmy sobie z uśmiechem w oczy. Ścisnąłem mocniej jej rękę. Słowa były tu zupełnie niepotrzebne. Stałem już przy samochodzie i otwierałem usta żeby się pożegnać, kiedy poczułem, że czyjeś dłonie zasłaniają mi oczy. W powietrzu rozniósł się znajomy zapach tanich perfum.

– A kuku. Jak mogłeś mnie tak zaniedbywać misiu. Musisz obiecać, ze jutro po robocie zabierzesz mnie do kina na ten film z Travoltą i tą… jak jej tam – Sandra zmarszczyła brwi, co świadczyło o intensywnym procesie myślenia – no… Olivierą Jones[iv]! Mogę czekać przed dokami. Pójdziemy misiu, co nie ?

Ostatnie co zapamiętałem to wbite we mnie oczy Marka i wypowiedziane z pogardliwym uśmiechem słowa:

– Żegnaj…misiu.

*

– Mam ci przypierdolić ? – Propozycja Grubego wydała mi się nawet kusząca. Minęły dwa tygodnie. Czułem się ciągle jak ostatni idiota. Wspomnienie dotyku Julii było tak świeże. Podobnie jak obraz szydzącego ze mnie Marka. To uczucie, które wypełniło mnie, kiedy odjeżdżali samochodem cały czas ściskało mi gardło. Przede mną stała kolejna tego wieczoru pinta piwa. Z szafy grającej leciał Blondie. Głos Debbie Harry wypełniał przestrzeń. Wolną od szklanki ręką objąłem kumpla za szyję.

– Śśpiewaj ze mmną Gruby…Denis, Denis – chyba jednak nie wpasowałem się w linię melodyczną, bo Gruby zdjął moją rękę i spojrzał na mnie z politowaniem.

– Jak długo jeszcze zamierzasz robić z siebie głupiego palanta? Co się z ciebie chłopie zrobiło?

– Nie ppierrol tylko śśpiewaj…

Gruby złapał mnie za ramiona i potrząsnął mocno.

– Charlie, jeśli masz jeszcze jaja i zostały ci jakieś resztki mózgu, to przestań chlać i idź do niej. Przecież widziałem jak na ciebie patrzyła.

– Ssspierralaj.

– OK. Wal się głąbie – puścił mnie i wyszedł.

Because the night belongs to lovers, because the night belongs to lust – głos Patti Smith roznosił się teraz po sali. Energia tej piosenki coś we mnie uruchomiła. Zwłaszcza, że laska przy barze przyglądała mi się znad szklanki. Dopiłem piwo i wstałem z krzesła.

– Zatańczyszsz mała ?

– Nie mam ochoty.

– Daj sspokój, jestem Fredem Astaire pieprzonej Hardman Street, no chodź. – pociągnąłem ją za rękę.

– Zostaw ją dupku – wyrósł przede mną jakiś drągal.

– Ppierrol sie – odepchnąłem go.

Pamiętam tylko, że coś łomotnęło mnie zdrowo w szczękę. Musiałem chyba wbić się w bar i osunąć na ziemię bo opuchnięty tył czaszki bolał mnie zdrowo jeszcze przez tydzień.

*

Na szczęście następnego dnia miałem wolne. Ojciec zrobił mi kawę, która w połączeniu z jakimiś tabletkami pozwoliła zmniejszyć ból głowy i w końcu podnieść się z łóżka. Chociaż w zasadzie kompletnie nie wiedziałem po co. Była już pierwsza, a ja siedziałem w swoim pokoju znowu nie mogąc odpędzić natrętnych myśli. Knajpa u Grega była chyba jedynym miejscem, gdzie przynajmniej na jakiś czas można było się przed nimi schronić. Wstałem z łóżka stanowczo zbyt gwałtownie jak na stan mojej głowy. Pociemniało mi w oczach i zatoczyłem się na stolik. Spadła z niego książka. Schyliłem się już bardzo ostrożnie i podniosłem ją – „Aforyzmy, Seneka młodszy”.

Godzinę później byłem na London Road. Nie było całkiem jak w moim śnie. Drzwi do biblioteki skrzypiały jak diabli. Poza tym rzeczywiście, w środku była tylko ona. Patrzyła na mnie bez uśmiechu.

– Cześć, przyszedłem zwrócić książkę… nie wyciągnęła do mnie rąk, nie wyrosły z nich żadne pąki. To nie był żaden pieprzony sen tylko ponura rzeczywistość. Zapadła jakaś ciężka cisza.

– Słuchaj Julia. Pewnie nie chcesz mieć już ze mną nic wspólnego… To co się stało… Ja… Ta dziewczyna… Ona dawno już nie… Julia zależy mi na tobie. Nie wiem co bym dał, żeby cofnąć czas… Ja… – poczułem nagle, że to bez sensu. Jestem tylko pieprzonym osiłkiem, harującym w dokach, cholernym nieukiem przesiadującym w marnych knajpach. Co mi się w ogóle uroiło w tej głupiej głowie ?

– Przepraszam – odwróciłem się i ruszyłem ku drzwiom.

– Charlie – jej głos zatrzymał mnie kiedy naciskałem już klamkę.

– Czekaj wariacie, obiecałeś przecież zabrać mnie na Jamajkę.

Co mogę wam jeszcze powiedzieć ? Wiele się od tego czasu zmieniło. Przeczytałem parę książek – ale w końcu co w tym dziwnego, jeśli ma się dziewczynę z biblioteki… Polubiłem nawet jej ukochany Bee Gees i Gruby nie może ścierpieć, kiedy nucę sobie czasem pod nosem:

How deep is your love, how deep is your love

I really mean to learn

‚Cause we’re living in a world of fools

Breaking us down when they all should let us be

We belong to you and me

[i] Łać. – Jeśli chcesz być kochanym, kochaj.

[ii] Łać. – Życie jest walką.

[iii] Niezwykle popularna w II połowie lat 70-tych i w latach 80-tych aktorka i modelka amerykańska (m.in. rola w „Aniołkach Charliego”).

[iv] Sandrze chodziło oczywiście o Olivię Newton-John i musical „Grease”.

Oniria, czyli cztery sny.

Faux pas, czyli sen komiczny.

Prolog – namiot przy Puławskiej.

Puławska 105.  Rozbijam namiot na łące – między naszą starą kamienicą a Warszawianką. Skromny namiocik z tropikiem – w sam raz dla jednej osoby. Nie potrzebuję nawet materaca. Dobrze mi tu, choć nie jest za ciepło. To nie jest lato, ale pogoda całkiem znośna. Widać kraina dzieciństwa przyciąga jak magnes. Choć może wyrywam się tu z rodzinnego mieszkania na Przyczółku w poszukiwaniu odrobiny prywatności? Póki co nie jestem pewien, gdzie mnie sen na stałe ulokował.

 Tuż obok siatka. Za siatką… nie mam pojęcia dlaczego, ale jestem pewien, że to posiadłość sąsiada z niegdysiejszego segmentu. Biznesmena – niebiznesmena.  Za siatką, ktoś też rozstawił namiot – tuż obok mojego. No i bez przerwy ten Ktoś próbuje opierać się na siatce, wchodzi na nią, a ta wygina się i narusza moją namiotową przestrzeń. Od czasu do czasu Ktoś depcze mi też po bocznej krawędzi namiotu. W siatce pojawiają się dziury, a dokuczliwi sąsiedzi bez najmniejszej żenady sobie przez nie przechodzą. Zwracam Ktosiom uwagę, ale bez specjalnych efektów. 

Tymczasem za siatką wyrasta stopniowo całe namiotowe centrum logistyczne ze sklepem, magazynami i barem.  Hmmm, więc kolejny biznes sąsiada to turystyka. Wszystko wskazuje,  że właśnie otworzył sezon.  Nie wiem skąd przeświadczenie graniczące z pewnością, że mój sąsiad z niegdysiejszego segmentu jest też właścicielem legendarnego dla mnie ośrodka wypoczynkowego w Marózku. To wszystko usposabia mnie jakoś bardziej przyjaźnie. Zagaduję, pytam towarzystwo zza siatki o Marózek.  Byli, podobało im się. Siatka staje się już nieistotna. Keine grenzen – jak śpiewał ongiś klasyk.

Sytuacja zmienia się dynamicznie także po mojej stronie. Czytam sobie książkę, z przerwami na kontemplowanie obniżającego się coraz bardziej tropiku, kiedy dochodzi mnie jakiś hałas.  Rozsuwam zamek i wychylam głowę. Koło mnie rozbija swój namiot jakaś rodzina. Nieco dalej – kolejny namiot. Co jest ? Zostałem trendsetterem? Spędzanie weekendów kampingując na warszawskich skwerach to jakaś nowa moda? To przecież głupie jest. Poza tym  –  nie ma nawet jeszcze lata. Ludziom to jednak nie przeszkadza, bo wkrótce wyrasta koło mnie całe miasteczko namiotowe. Chętnie bym się zdrzemnął, choć tropik dotyka mi już niemal nosa. Marzenie ściętej głowy. Gwar wokół skutecznie mi spanie uniemożliwia.  Wychodzę na zewnątrz. Stelażowe rurki coraz bardziej pochylają się ku sobie. Coś kiepsko je rozstawiłem. Za to namioty innych – ho ho – prawdziwe mercedesy. Staram się poprawić te rurki. Zaczyna padać. Ludzie przeklinają pogodę, a ja się uśmiecham ze złośliwą satysfakcją. Wszak tydzień, który tu spędziłem był słoneczny. Radio mówi, że temperatura w weekend to 4-6 stopni. Dla mnie spoko. Wytrzymam. Może wymiecie tych pseudokampingowiczów i będę miał spokój. A jak nie, to się zwinę i wrócę. Swoje już przekampingowałem.

 Skoro pogoda nie dopisuje, to trzeba sobie z rozrywkami kampingowymi jakoś alternatywnie radzić.  Faceci gromadzą się więc w barze u sąsiada. Pijemy. Rozmawiamy. Mówię, że w domu tuż obok spędziłem dzieciństwo. Wychylamy się i pokazuję. Cholera, gdzie mój stary dom ? Wyburzyli ?

Zamiast mojej dziecięcej kolebki stoi przeszklony biurowiec. Widać ludzi przy monitorach na każdym z pięter. To musi być jakaś pomyłka! Mój dom jest pewnie za tym biurowcem. Zaniepokojony, opuszczam towarzystwo. Muszę to sprawdzić. Mijam biurowiec. Za nim kolejny dom w totalnym remoncie. Właściwie został z niego tylko szkielet.  Robi mi się strasznie smutno. Zaraz zaraz… Przecież kostka brukowa jest tu zupełnie inna. To nie jest moje stare podwórko. Idę więc dalej. Jest!  Co prawda elewacja jest bardziej nowoczesna, ale wszystko inne się zgadza. Widzę okno naszego starego pokoju. Okno kuchni. Balkon. Podwórko ma charakterystyczny kształt i tę samą co kiedyś kostkę. Zataczam się szeroko po tej kostce. To z całą pewnością efekt męskiego spotkania w barze. Wytaczam się z zza trzepaka i biorę kurs na namiot. Docieram z mozołem na miejsce, ale namiotu nigdzie nie ma. Po chwili odnajduję jego płachtę na ziemi przy siatce. A na niej bezceremonialnie zwalone tobołki z namiotu obok i jakieś obce, suszące się po deszczu części garderoby. Wytrzeźwiały i wściekły zrzucam to w cholerę i stawiam namiot na nowo. Tym razem wbijam paliki głęboko. Napinam starannie namiot i tropik. Układam rzeczy w absolutnym porządku w zmyślnych skrytkach i kieszonkach, a te przemoczone wieszam na specjalnie rozpiętym sznurku. Zadowolony z siebie kontempluję efekt moich starań. W suficie dostrzegam co prawda  wyraźne przetarcia – a nawet dziury, ale…  na szczęście jest jeszcze zewnętrzna powłoka – co prawda jakby z celofanu, ale nie przecieka. Ludzie się powoli zwijają.  Zostaję na placu boju sam pełen satysfakcji. Przypominam sobie jednak, że dziś jest wielki mecz, więc zwijam się i ja.

Faux pas

No gdzie mogło mnie przywiać, jak nie do rodzinnego gniazda na Pekin ?  Nie ma rodziców. Jest brat i goście. W dużym pokoju włączony jest telewizor.  Nic dziwnego. Przecież zaraz biało-czerwoni zaczną wielki mecz. Idę na chwilę do naszego (z bratem) pokoju. Wchodzi tam za mną chudy Ukrainiec, cały w dziarach i przynosi swoje skarpetki. Chce je tu wysuszyć. Nie bardzo wiem kto to jest i z tego zaskoczenia głos chyba więźnie mi w gardle. A może po prostu przywykłem po tej namiotowej komunie, że bez przerwy ktoś coś koło mnie suszy. Ukrainiec mówi, że niezła chata i niezłe towarzystwo mam przy stole.

Idę do dużego pokoju. Przy stole siedzą Mateusz Morawiecki i Maryla Rodowicz. Jest też jakaś jej przyjaciółka. Tymczasem nasi chłopcy zaczynają kolejny arcyważny mecz. Strzelamy bramkę. Stadion szaleje.  Spiker podaje nazwisko strzelca, ale chwilę później prosi o uwagę. Ważny komunikat. Piłkarze wstrzymują się ze wznowieniem gry. Słychać głos  Morawieckiego. Mówi o Tusku, że ma w nosie zwykłych ludzi, że gardzi nimi. A mnie trafia szlag. Wyskakuję z krzesła i wybucham gestykulując w stronę telewizora jak wariat.

–  Te, Morawiecki! Ty sztywny jesteś jak drewno. Kogo ty tu chcesz przekabacić? Tusk ?  Buty mu najwyżej możesz czyścić! Niewiarygodne, zbeszcześcili nawet mecz polskiej reprezentacji!

Drę się do telewizora, choć wychodzi to jakoś niezbyt naturalnie. Chyba dlatego, że ze względu na gości staram się  powstrzymywać od używania słów uznawanych powszechnie za obelżywe. Mimo to, w końcu mi ulżyło.

Odwracam się od telewizora,  spoglądam na gości i… widzę Morawieckiego siedzącego za stołem obok Maryli Rodowicz. Jego twarz nie wyraża absolutnie niczego. Jest jak maska. Siedzi taki wsobny, nieobecny – jakby lekko zmieszany.  Chociaż tak naprawdę trudno powiedzieć.

– O kurwa! – tylko taka głęboka myśl przechodzi mi w tym momencie przez głowę.

Wychodzę do kuchni. Nie wiem co robić. Lepiej próbować w bezpośredniej rozmowie rozbroić tę minę, czy może raczej przemilczeć sprawę i udawać, że nic się nie stało ? Chodzę tam i z powrotem i biję się z myślami. Wpadam na brata. Na jego twarzy maluje się zaaferowanie połączone z rozbawieniem. Otwiera już usta…

– Nic kurwa nie mów. Wiem. 

Postanawiam wrócić do gości, choć jeszcze nie wiem jaki wariant wybiorę. Wziąć byka za rogi, czy wybrać ciszę nad tą trumną ? Okazuje się, że Morawiecki jest w łazience. Czekam. Morawiecki wychodzi w końcu. Zakłada płaszcz. Żegnamy się chłodno.

– Mateusz, przepraszam. Jeśli chodzi o futbol, to ja już taki żywiołowy jestem.  

Mam teraz nadzieję na jakąś reakcję typu „nic się nie stało stary”. Albo „wiem jak to jest”. Ale nic takiego się nie dzieje.  Morawiecki jest poważny, zapadnięty w siebie. Jego twarz jest cały czas jak maska. Patrzy na mnie jak przez szybę.

– Ooo,  znam dobrze takich jak ty.  

To nic dobrego nie wróży. Odprowadzam go do przedsionka i na galerię.

– Daj spokój, to tylko emocje…

 Ale Morawiecki oddala się bez słowa.  Kurwa, moje poglądy polityczne to jedno, a lojalność wobec pracodawcy z większościowym udziałem skarbu państwa to drugie. Tak trudno to zrozumieć ? – myślę. Przypominam sobie po chwili, że wszedłem już w przedemerytalny okres ochronny i  wrzucam na luz.

Wracam do mieszkania. Maryla Rodowicz z koleżanką wydają się rozbawione. Śmieją się, że Morawiecki cały czas taki sztywny siedział.

– Wspomniałem mu tylko o kawie. Nie sądziłem, że weźmie to poważnie i wpadnie. – mówię Maryli Rodowicz. – I to akurat dziś.

– Musiałeś go trafić w czuły punkt – psychologizuje kumpelka Maryli Rodowicz.  Mój wzrok pada teraz na dawno opróżnione talerze.

– Fatalny ze mnie gospodarz, chcielibyście pewnie kawę. –  Ta druga ofiarowuje pomoc i idzie ze mną do kuchni. Parzy kawę w jakiś przedziwny sposób. Pojawia się też na chwilę mama, która udziela mi instrukcji. Wracamy do pokoju. Maryla Rodowicz martwi się, że mąż coś się spóźnia. Uspokajam ją, że z meczu się tak szybko nie wraca. Tyłu ludzi się błyskawicznie nie rozchodzi.

Próbuję zająć gości jakąś niewymuszoną konwersacją. Usiłuję Marylę skomplementować. Mówię, że byliśmy kiedyś przed wielu laty z bratem na jej koncercie na stadionie 10-lecia i było niesamowite, jak młodzież świetnie przyjmowała jej stare przeboje. Przy słowie „stare” zapala mi się – nieco zbyt późno – czerwona lampka. Ale po pierwsze, Maryla Rodowicz nie wygląda wcale staro. A po drugie – nie ma najmniejszej ochoty, żeby się obrażać jak Morawiecki. Uśmiecha się tylko skromnie. Pojawia się przy stole moja babcia i mówi, że chętnie poszłaby na Legię. Co tu się dziś wyrabia ? Słychać dzwonek.

– Mój skarb po mnie przyszedł – mówi kolejna gościni. To moja młoda kuzynka,  której szczerze mówiąc nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Skarbem okazuje się chudy Ukrainiec z dziarami. Bezceremonialnie wchodzi do małego pokoju, żeby zabrać swoje suche już skarpetki.

Chcę zadzwonić do Marty i koniecznie jej opowiedzieć dzisiejsze zajście,  ale jest już  22:50. O tej porze nie zawraca się głowy nawet bliskim, choć Maryla Rodowicz uspokaja, że godzina jeszcze całkiem młoda jest. Mnie aż nosi, żeby opowiedzieć tę historię, więc budzę się i chwytam od razu smartfona, żeby nic z niej nie uronić.

Śródmiejska apokalipsa – czyli sen thriller.

 Warszawa. Chyba Świętokrzyska. Kierunek ku Wiśle od Marszałkowskiej. Siedzę w samochodzie i obserwuję wejście do jednej z kamienic po lewej stronie ulicy. To jakaś duża sprawa. Handel ludźmi? Terroryzm ? Może coś jeszcze gorszego. Zajmujemy się tylko największym kalibrem spraw.  W środku jest ktoś od nas. Ktoś pod przykryciem. Kobieta.  Obserwujemy ich na razie. Jesteśmy w pogotowiu. Czekamy na sygnał, gdyby trzeba było ją chronić . W każdej chwili możemy wejść i ich zdjąć.

 Pod kamienicę zajeżdża radiowóz. Z budynku wychodzi jakiś facet.  Rozmawia z policjantem. Ten policjant to zwykły krawężnik. Nie ma pojęcia o naszej akcji.  Spoglądają w moją stronę. Co do cholery?!

Ten policjant z radiowozu idzie w moim kierunku.  Opuszczam szybę.

– Dlaczego pan tu stoi ? Tu nie wolno stać.  Proszę odjechać. Pana obecność przeszkadza innym.

Cholera, jeśli ujawnię, że jestem z policji zdekonspiruję się. Oni będą wiedzieć.  Kiwam więc ze zrozumieniem głową i odjeżdżam. Robię koło i parkuję w nowym miejscu. Nie tak daleko, ale jednak… Nie mogę stąd obserwować wejścia do kamienicy. Nasza agentka w środku jest teraz pozbawiona mojego wsparcia. Skoro zainteresowali się mną, to znaczy, że coś podejrzewają. Coś się musiało tam stać. Szlag mnie trafia.  Muszę dać o tym znać centrali. Chwytam za komórkę.  A co jeśli oni podsłuchują ? Cholera, powinna być przecież jakąś specjalna łączność, jakiś bezpieczny kanał. A tu co ? Zwykła komórka. Kurwa!

Wychodzę z samochodu i idę w stronę kamienicy. Nie jestem chyba sam, a inni musieli dojść do tych samych wniosków bo nagle… zaczyna się piekło. Wszędzie strzały. Z kamienicy wybiegają jacyś ludzie.  Cofam się. wyjmuję broń, a raczej komórko-pistolet jakiś. Próbuję, ale nie jestem w stanie z tego wystrzelić. Muszę się cofnąć. Pojawiają się nasi ludzie. Widzę ich teraz, jak zajmują dogodne pozycje w charakterystycznych kamizelkach.  Idę wzdłuż NBP i skręcam ku placu Napoleona. W moim kierunku biegnie sprintem jakiś wielki facet z torbą w ręku. W drugiej ma chyba broń. 

Ja niczym szczególnym się teraz nie wyróżniam, więc facet usiłuje mnie wyminąć. W ostatniej chwili podstawiam mu nogę. Gość przez chwilę leci w powietrzu, a potem pada spektakularnie waląc głową o chodnik. Korzystając z jego chwilowego  oszołomienia rzucam się na niego.  Próbuję go obezwładnić. Nie tylko on jest problemem. Błyskawicznie pojawia się też pies, który staje w jego obronie. Jeden z naszych przychodzi mi w sukurs. Przytrzymuje psa, który szczerzy kły tuż przy mojej twarzy. Ale dajemy radę. Przytrzymuję teraz jedną ręką oszołomionego ciągle faceta, a drugą trzymam torbę i psa.  Muszę ich odprowadzić do szefostwa. Jestem z siebie dumny.

Daleko nie zaszedłem. Dostaję mocny cios w głowę. Ktoś błyskawicznie  przemyka obok mnie. Ciemnieje mi w oczach. Padam na ziemię, ale udaje mi się zachować  przytomność.  Oswobodzony z mojego uścisku facet nabiera nieoczekiwanie wigoru. Kuca i sięga do torby. Widzę jak wyrzuca z niej wysoko w górę jakieś paczki za każdym razem aż podskakując. Wygląda jak jakiś szalony żongler. Paczki opadają z powrotem. On je łapie i wyrzuca znowu.  Próbuję stanąć na nogi, by mu przeszkodzić, ale nie daję rady. Nagle, jedna z tych paczek  wybucha w górze. Potem kolejna. I kolejna. Wybuchają w powietrzu spektakularnie, blask rozświetla okolicę. Wręcz oślepia.  Jakiś żar leje się z góry. Jakby roztopiona stał.  A facet wydaje z siebie przeraźliwy ryk, rozkłada szeroko ręce i wystawia ku temu twarz. Strumień żaru opada i tę jego twarz wypala do szczętu…

Co tu się w  ogóle odpierdala???

Podnoszę się.  Patrzę na bezgłową plamę na chodniku, która jeszcze przed chwilą była wielkim facetem.  Łeb mi krwawi. Czuję ból. Mimo to biegnę z powrotem w kierunku Świętokrzyskiej.  Trzech naszych chłopaków dopada dwóch bandytów. Obezwładniają ich i próbują wyprowadzić w stronę centrum. Ale błyskawicznie zza ich pleców,  jak spod ziemi wyłania się czterech jednakowo ubranych tamtych. Nie zdążyłem nawet krzyknąć.  Nasi padają bezwładnie na bruk. Bandyci uciekają. Wyjmuję ten swój komórko-pistolet i próbuje do nich strzelać. Nic z tego. Równie dobrze mógłbym używać zabawki.

Masakra jakaś. Są wszędzie. Kim są ? Próbują opanować miasto ? O co chodziło facetowi, który dał sobie wypalić twarz ? Do czego są zdolni ? Czego chcą ? Tu nie jest bezpiecznie. Zapada zmrok. Okolica teraz jest zupełnie pusta. Okrążam NBP. Próbuję ostrożnie zbliżyć się do tajemniczego budynku, od którego wszystko się zaczęło. Jestem gdzieś przy skwerku koło . Kubusia Puchatka. Jest już zupełnie ciemno. Czuję ogromne znużenie. Siadam na ławce. Z całych sił bronię się, żeby nie zasnąć. Powinienem na siebie uważać. Ale…bezskutecznie. Zapadam się w ciemność.

Budzę się na tej ławce, kiedy powoli już szarzeje. Wzdrygam się z zimna. Ale nie tylko z zimna. Tu wszędzie czai się jakieś zło. Czuję to całym sobą. Wycofuję się. Idę w kierunku centrum. Mijają mnie pojedyncze osoby. Czy zdają sobie sprawę, że mamy tu apokalipsę?  Dotykam ręką głowy. Po prawej stronie zaschnięta krew zlepia mi włosy.  Czuję wyraźnie opuchliznę i szramę.  Przeglądam się w sklepowej szybie. Twarz mam w siniakach i zadrapaniach.  Gdzieś za Alejami trafiam na naszych. Wszyscy wyglądają podobnie jak ja. Obraz nędzy i rozpaczy. Ktoś mówi, że trzeba się pozbierać. Teraz im pokażemy. Wiemy do czego są zdolni. Tym razem nie damy się  zaskoczyć. Dorwiemy ich. – OK, ale jak ? Gdzie ich szukać? Wygląda na to, że jest jakiś plan.  Zastanawiam się, czy zdążę jeszcze wpaść do domu, przebrać się, umyć. Ale nie ma czasu. Pytam o broń. Tak, trochę dalej można się w nią zaopatrzyć. W bagażniku samochodu jest podręczny magazyn.  Normalna broń krótka, nie jakieś zmyłkowe komórko-pistolety. Są też granaty. Biorę jeden z pistoletów. Upewniam się, że potrafię go naładować. Ktoś udziela mi instrukcji i radzi by strzelić w powietrze na próbę. Tak też robię.

Dostajemy rozkaz, żeby się zakonspirować.  Udajemy uczestników międzynarodowej konferencji. Jest nawet przyjemnie.  Jeziorko, trawka, drzewka. Zalegamy   w tej trawce dla niepoznaki. Grzejemy się w słonku. Ale to pozory. Obserwujemy wszystko dookoła. Wpatrujemy się w wodę. Oni gdzieś tu są. Bardzo blisko. Wstaję i podchodzę do stołu, przy którym siedzą uczestnicy z Czech, Bułgarii i Białorusi. Próbuję włączyć się w ich dyskurs,  który jakoś płynnie przechodzi w partię brydża… Wciąga mnie coraz bardziej ten brydż, a nowe otoczenie wypiera stopniowo jeziorko, trawkę i drzewka… Strasznie chcę zostać i skopać tyłki tamtym, bronię się … ale… powoli odpływam w zupełnie inny sen.

Dramat w górach, czyli sen motoryzacyjny.

Preludium – zagadkowa historia z Tomkiem

Wracamy z Tomkiem samochodem z jakichś zawodów pływackich. Tomek znów ma 10 lat. Jest głodny, więc żeby nie tracić czasu zamawiam telefonicznie sushi.  Błyskawiczna dostawa do dwóch punktów na trasie.  Jeden jest przy Rawarze, a drugi tuż przy Przyczółku Grochowskim, na rogu Ostrzyckiej i zjazdu z Ostrobramskiej  na Pekin. Zmierzam w stare, rodzinne strony. To trochę nielogiczne, że odległość między punktami dostaw nie przekracza pewnie 400 metrów. No ale ze snami się nie dyskutuje.  Dostawca mi sygnalizuje, że schrzaniłem to drugie zamówienie – wbiłem jakiś zły kod. Próbuję poprawić.  Dostawca okazuje się jednak bardzo miły, bo dostaję dwie paczki sushi w pierwszej lokalizacji. Prosi mnie jednak, żebym koniecznie potem wpisał ten poprawny kod. W międzyczasie mamy lekką  stłuczkę. Ktoś nas uderza w tył. Niby nic takiego, ale wiadomo – lepiej sprawdzić. Jedziemy z Tomkiem do warsztatu. Jest już prawie po godzinach. Mam jednak nadzieję, że spotkam tam jeszcze menedżerkę serwisu mechanicznego, która mnie często obsługuje.

Znajoma menedżerka jest ale… siedzi teraz za szybą w kasie. Mówi, żeby pokazać ten tył.  Nie ma wprawdzie mechaników, ale ona da radę ocenić, czy jest się czym martwić. No więc biorę w ręce samochód, który przybrał teraz postać jakiegoś mini małego Fiata, podnoszę go na wysokość kasowego okienka i pokazuję jej ten tył. Coś ją zaniepokoiło, musi przyjrzeć się dokładniej. Stawiam samochód z powrotem na podłodze i siadam. Tomek w międzyczasie zajmuje się sushi.  Sushi teraz wygląda jakoś strasznie nędznie. Zalecam więc Tomkowi konsumpcję warzyw znajdujących się na stole. Są tam takie marchewkowe i szparagowe paluszki i pestki. Wydawało mi się, że to część naszej dostawy, ale… pewności nie mam, więc jednak Tomka powstrzymuję.  Przysiadam na podłodze i …  nagle zdaję sobie sprawę, że jestem kompletnie goły. Robi mi się głupio, zupełnie jak Adamowi i Ewie zaraz po konsumpcji jabłka. Zakrywam się jakimiś spodenkami gimnastycznymi. Pani z warsztatu moja nagość najwyraźniej jednak kompletnie nie przeszkadza.  Zachwyca się Tomkiem, biorąc go za dziewczynkę. Może ze względu na długie jasne włosy ? A Tomek wlazł na siedzenie jakiegoś auta, nakrył się kołdrą i nie chce wyjść.

No ale w końcu wyszliśmy. Tuż obok warsztatu jest jezioro. Tomek poszedł popływać. Po pewnym czasie orientuję się, że na tym jeziorze trwa akcja ratunkowa. Co za czort ? Przecież Tomek świetnie pływa. Może wypłynął za daleko ?  Tomkowi oczywiście nic się nie stało. To jakaś rutynowa akcja, a Tomek im się akurat napatoczył. Sprawa ma jednak istotne dla dalszej części snu następstwa…. 

Okazuje się, że Tomek wyłowił jakieś opakowania z lekami. Oglądam te blistra. Potem wracamy do warsztatu, który jest już opustoszały i Bóg jeden wie jak udało nam się dostać do środka.  Wewnątrz jest automat – zmyślne urządzenie za pomocą którego można komunikować się w sprawie ubezpieczeń. No a ja mam sprawę tej stłuczki. Okazuje się jednak, że to bardzo uniwersalny wynalazek. Umożliwia też kontakt z policją wodną, z dostawcą sushi (ten nieszczęsny kod), a nawet z… amerykańskimi władzami celnymi.

Najpierw sprawa Tomka. Po naciśnięciu odpowiedniego guzika/wklepaniu kodu  odbieramy instrukcję jak należy zachowywać się w wodzie. Przy kolejnej weryfikacji i prośbie o próbkę wyłowionych leków, włącza się nagle amerykański urząd celny. Amerykanie dziękują nam za wykrycie przemytu witaminy C z Rumunii. Nie powiem, jesteśmy dumni. Za moment robi się dziwnie – wydawało mi się, że warsztat jest już zamknięty, a tu pojawił się obok nas jakiś milczący pan. Wygląda, jakby ustawił się w kolejce do zmyślnego urządzenia. Jego obecność jest cokolwiek niepokojąca. Komunikuję się z Amerykanami po angielsku, co w obecności tego pana mile łechce moją próżność.

Pan musi jeszcze poczekać, bo ja ze zmyślnym urządzeniem nie skończyłem. Naciskam znów guzik, ale palec mi się ześlizguje i zamiast mojego przypadku, na ekranie pojawia się sprawa odszkodowania za jakiś dom letniskowy/zimowy na Słowacji.  Urządzenie od czasu do czasu weryfikuje tożsamość interesanta oraz właściwość sprawy. Teraz też zadaje mi pytanie weryfikujące. Na ekranie pojawia się ten dom w słowackich górach, a program pyta mnie, którą lokalną drogą i z jakiego kierunku się do niego dojeżdża. Noszsz cholera – poddaję się.  Nie da się tu wyłudzić ani grosza. Nieoczekiwane pojawienie się górskiego domu zmienia jednak scenerię, co umożliwia płynne przejście do kluczowej części snu.

Dramat w górach.

Teraz jest zima. Tomka już ze mną nie ma. Jestem gdzieś w górach. Mam jechać z dopiero co poznanymi znajomymi na narty. W Karkonosze, ale może nawet gdzieś dalej na południe. Oni tam mają jakąś kwaterę na oku. Bo tu już nudno im jest. Namawiają mnie. No ale ja nie mam nart i w ogóle – słaby ze mnie narciarz.

 – Nie szkodzi. Wypożyczysz. Albo kupisz. Nauczysz się – mówią. Tu już im się znudziło ?  Tu, to znaczy gdzie ?   Wydaje mi się, że jestem jakby u siebie. Tyle, że to teraz wysoko gdzieś w górach. Dojazd od Warszawy jest niby ten sam. Z tym, że teraz cały czas pod górkę. No i nazwy miejscowości po drodze brzmią jak w Beskidzie Niskim w drodze do Barwinka.

No więc jadę pod górę do siebie. Ale dzieje się coś dziwnego. Tył mi ucieka co chwila. Co rusz to poślizg. Tracę przyczepność i sterowność.  Do tego wzrok mnie mami coraz bardziej. Robi się niebezpiecznie. Może nawet w coś przywaliłem.  Oddaję kierownicę.

Po jakimś czasie zmiana kierunku. Teraz zjeżdżam w doliny. Tym razem całkiem sam. Pierwsza prosta – jakże znajoma – bez większych problemów.  No może tylko zbyt dużą prędkość rozwinąłem. A potem zaczyna się koszmar. Droga robi się zaśnieżona. Widać rozrzucone na jej powierzchni zlodowacenia. Koleiny w śniegu. Pędzę wśród nich zbyt szybko. Udaje mi się jednak w końcu ostrożnie wyhamować tuż przed pierwszym zboczem. Bardzo się z tego się cieszę. Nie trwa to jednak długo.

Wkrótce zaczynam tracić kontrolę. Znów zaczyna mi uciekać tył. Toczę się coraz bardziej bezwładnie. Wyrasta mi nagle przed maską człowiek.  Próbuję nacisnąć hamulec.  Pedał hamulca jednak gdzieś się zapadł. Ledwo jestem w stanie dosięgnąć go stopą.  Muszę solidnie wyciągnąć całą nogę, żeby uzyskać jakiś mizerny nacisk.  I nagle szok. Zdaję sobie sprawę, że wzrok mi mętnieje. Zaczyna zacierać mi się obraz drogi. Tak jakbym zasypiał. Natężam się z całych sił,  żeby zachować przytomność.  Bez większego sukcesu. Pozbawiony w gruncie rzeczy wizualnej świadomości czuję wyraźnie, że gnam gdzieś beż kontroli.

Pstryk – świadomość nagle wraca kiedy zsuwam się szybko w dół zwężającą się wyraźnie uliczką. To właściwie schody, nie uliczka. W końcu nieuchronnie się zakleszczam między ścianami domów i… ląduję ostatecznie w jednym z nich. Wjechałem ludziom do chałupy!!! – przemyka mi przez głowę. Nikogo nie ma. Rozglądam się – proste wiejskie wnętrze, ubogie sprzęty. Szukam zniszczeń, których narobiłem. Odgarniam zasłony, żeby znaleźć dziurę w ścianie którą musiałem wybić autem. Tu przecież powinien teraz hulać wiatr… ale nic nie hula. Jedynym śladem incydentu, jest moja zniszczona, otarta mocno walizka. Rozorana wręcz czymś po obu stronach, do tego stopnia, że widać ubrania. Czyżby od tego zakleszczenia? Idę do łazienki i odgarniam leżące w nieładzie szpargały, żeby skorzystać z w.c.  Szukam jakiejś kartki, chcę podać ludziom swoje dane kontaktowe. No przecież do cholery wjechałem im w dom.

Zanim zdążę cokolwiek napisać słyszę kroki. Ktoś idzie ku wejściowym drzwiom!  Naciskam klamkę pierwszy.

– Nie jestem złodziejem – mówię.

Oni chyba wiedzą, że wjechałem im w dom. Wieś im powiedziała. To młode, sympatyczne małżeństwo. Jasne, są wkurzeni. Zwłaszcza kobieta. Ale w tym wkurzeniu zachowuje kulturę.

– Jak to możliwe ? – pyta. Myśli chyba, że piłem.

– Ależ nie, to nie tak. Miałem po prostu ciężki dzień.

– No nie! On nam teraz będzie opowiadać że szczegółami swój dzień. Od samego rana! – irytuje się ona.  A ja poczułem właśnie nieodpartą potrzebę, żeby im o tym opowiedzieć.

– Ależ proszę posłuchać, to dla mnie bardzo ważne.  – No i opowiadam historię z Tomkiem, z sushi, warsztatem, incydentem ratowniczym, ze zmyślnym urządzeniem i Amerykanami.

-Zadzwoniliście po policję ? – ktoś pyta.

 -Tak czekamy aż Józiek po obchodzie się pojawi. Ma też inne sprawy we wsi. – odpowiada ona.

A ja mówię im,  że to mój drugi wypadek w ciągu kilku dni. Wczoraj odebrałem samochód z warsztatu przecież. I w tym momencie boleśnie sobie uświadamiam brutalną prawdę. Mówię im szczerze, że mam prawdopodobnie jakieś zaburzenia wzroku. Może to są nawet zaburzenia mózgu. Mówię, że wcześniej nigdy mi się nic takiego nie przytrafiało. Byłem dobrym kierowcą. 

–  Jak można wiedząc o tym siadać za kierownicę? – kobieta na to. 

No… no nie wiedziałem, zlekceważyłem najwyraźniej te pierwsze objawy. No kurcze – nie pojadę na te narty, w ogóle już być może nigdy nigdzie nie pojadę…  nie poprowadzę już samochodu… Pogrążam się po same uszy w tym bezbrzeżnym poczuciu winy i straty. Tkwię w nim jeszcze kilka sekund po obudzeniu, aż w końcu pojawia się uczucie ogromnej ulgi i rozprzestrzenia się wewnątrz mnie.

Gocławska odyseja – czyli sen drogi

Prolog – autobusowe perturbacje

Jestem w autobusie linii 158. Nie wiem dlaczego pojawił się w Alei Stanów Zjednoczonych zamiast zjechać z wiaduktu w Kinową. Jest straszny tłok. Wysiadamy, żeby dać ludziom wyjść, a  potem wskakujemy z powrotem. Brat ledwo, ledwo daje radę się wcisnąć przez zamykane, a raczej składane jakoś staroświecko – jak w starym tramwaju – drzwi.  Jedziemy mostem Łazienkowskim i moim oczom ukazuje się na lewym brzegu rzeki niesamowity widok. Gdzieś na wysokości parku Ujazdowskiego, a może niżej na Myśliwieckiej widzę ogromny kolorowy banner wielkości dużego bloku – chyba jakiś hologram, bo facet na nim porusza ustami. Wołam brata, ale ten hologramowy facet coraz bardziej maleje i ostatecznie niesiony na barana na barkach innego gościa, wyłania się ze schodów na naszym przystanku. Tłok w autobusie się zmniejszył. Brat wdaje się w sprzeczkę z „pasażerem Francuzem.”  Po pierwsze – nie poznaję brata, wygląda na to, że zaraz rzuci się na gościa, jeśli tamten coś odpowie. Po drugie, nie wiem, czy to prawdziwy Francuz, czy tak go tylko brat nazwał. Grunt, że do bójki nie dochodzi. Autobus tymczasem próbuje odpalić, żeby ruszyć z przystanku. Ale idzie to z ogromnym trudem. W końcu jakoś rachitycznie rusza. „Cholera to 158” – przypomniałem sobie. On nie powinien jeździć Trasą Łazienkowską i pewnie zaraz gdzieś skręci. Chcę więc szybko wysiąść i jakimś cudem się to udaje – chyba przez okno po przeciwnej stronie drzwi. Patrzę, a autobus jest ciągnięty przez konia – i to pod górę w kierunku Placu na Rozdrożu. Kierowca trzyma wprawnie lejce. Cieszę się, że wychodząc ulżyłem koniowi. Ten jednak dziarsko daje sobie radę i nie wygląda na cierpiącego.

Schody w kierunku Placu na Rozdrożu gdzieś zniknęły. Ludzie stawiają nogi na prowizorycznie ułożonym podejściu z gałęzi. Nagle znalazła się przy mnie Marta, która krytykuje mój sposób stawiania nóg na tych gałęziach i pokazuje jak trzeba to zgrabnie robić. Fakt, trochę mi się nogi w tych gałęziach zapadają…

Odyseja

A potem zmiana scenerii. Gocław, gdzieś w pobliżu Przyczółka, na granicy z Saską Kępą. A tam dziwny dom-apartamentowiec. Jestem w mieszkaniu – czuję, że należy do mnie. Idę sobie przedpokojem i nagle zdaję sobie sprawę, że musiało być tam przejście do innego mieszkania. Przeoczyłem je, bo stoję oto w kompletnie mi obcych wnętrzach. Coraz bardziej rozpaczliwie poszukuję drogi powrotnej, ale trafiam tylko na średnio zdziwionych moją obecnością tutejszych domowników. Jakaś starsza pani w szlafroku patrzy na mnie, jakbym przechodził tędy kilka razy dziennie. Ktoś właśnie wpadł na mnie wychodząc z pokoju. Ktoś inny jest w łazience. A ja przepraszam i przepraszam. Miotam się po tym obcym mieszkaniu biegając od drzwi do drzwi i próbuję desperacko znaleźć wyjście. W końcu je znajduję – ale to drzwi na piętro i klatkę schodową. Niby nic prostszego – trzeba teraz wejść do mojego mieszkania głównymi drzwiami. Tylko, że … nie jestem pewien czy mam klucze, a poza tym… jak to mieszkanie do cholery znaleźć ? Na klatce schodowej jest trochę jak w hotelowym korytarzu. Gąszcz numerów, stanowczo za dużych, wykaligrafowanych elegancką czcionką. Są też strzałki pokazujące gdzie podążać. Tylko, że porządek tych numerów nie układa się w żaden logiczny ciąg. Mój numer nigdzie tu nie pasuje. Zrezygnowany wychodzę na osiedlowe podwórko. Wpadam na jakiegoś boksera-celebrytę, który żąda by zawołać jego menadżera, bo właśnie odkrył swoje powołanie i będzie pisać wiersze. No i zaczyna mi jakieś wiersze recytować. Postanawiam obejść blok. Jestem pewien, że z drugiej strony jest wejście i klatka schodowa, które dobrze znam. Tam na pewno rozpoznam drogę do mieszkania.

Ale dom, który zacząłem okrążać jakby się powiększył i stał się jakiś obcy. Kontynuuję to obchodzenie wspinając się na prywatne tarasy pełne plażujących tam właścicieli. Wchodzę w jakieś bramy  i przejścia między blokami będąc pewien, że zaraz ujrzę znajome wejście. Ale nic z tego. Nic nie wskazuje, że się do niego zbliżam. Zupełnie jakby ktoś się mną bawił. Wchodzę w kolejne przejście a tam  japoński lokal, którego skośnooki damski personel uprzejmie mnie wita i zaprasza do środka. Odbywa się tam właśnie przyjęcie dla mafijnych bossów i policjantów, połączone z jakąś prelekcją. Japonki wzięły mnie za jednego z gości. Udaje mi się w końcu wyrwać z ich uprzejmych rąk. W drzwiach mija mnie dziwny niski, brodaty gość, odziany w coś w rodzaju tuniki i z jakąś siatką maskującą na głowie. „Jestem pierwszy z policji” – przedstawia się.

Kontynuuję poszukiwania – dołącza teraz do mnie jakaś towarzyszka niedoli. Zza ściany bloku wychyla się okrągła twarz koleżanki z klasy. Po chwili wyłania się cała jej masywna sylwetka. Nie wiem, czego ode mnie chce i skąd ta jej ostrożność. Moja towarzyszka pcha wózek zakupowy, w którym teraz siedzę i oglądam się za klasową koleżanką. Mówię dziewczynie, że pierwszy raz widzę tę koleżankę w sukience. Bo ona, jak w jakimś stroboskopowym filmie eksperymentalnym, raz jest w sukience, a raz w spodniach. Zamiast przybliżać się do mojego mieszkania chyba się od niego oddalamy. Ale Gocław staje się coraz bardziej fascynujący.

Nie ma tu teraz nudnych pudełkowych bloków. Krajobraz zrobił się ciekawszy. No i ludzi jakby więcej. Wchodzimy do jakiejś galerii. Odbywa się tu wernisaż, bo jest tłumnie i wokół atmosfera luźnego przyjęcia. Do mnie i dziewczyny dołączył jakiś kolega. Schodzimy przepychając się schodami w dół. Tracę gdzieś moich towarzyszy z oczu. Na dole spiralne schody wychodzą na zabudowane ze wszystkich stron podwórko. Wołam, ale nikt z mojej kompanii nie odpowiada. Za to z wejścia naprzeciw spiralnych schodów startuje do mnie jakaś Hiszpanka z pretensjami. Chyba o te krzyki. Skąd wiem, że to Hiszpanka? Nie pytajcie. Co gorsza, za chwilę wychodzi za nią z tej klatki cały tabun ubranych na czarno Hiszpanów. Zaczyna mnie to lekko niepokoić. Niepotrzebnie. Hiszpanie ustawiają się w pary i zaczynają urokliwy, barokowy taniec. Tańczą pięknie, muzyka fantastyczna tyle, że klasyczne dźwięki płynnie się zmieniają. Widzę, że Hiszpanom przygrywają  „Wawele”. To jest ich benefis. Obaj posiwiali liderzy „Waweli” z bujnymi czuprynami przypominają mi Karola Marksa (choć wiem, że lider był jeden i był nim Jan Wojdak).  Ludzie podłapują melodię, śpiewają refren. Wszystko na tym podwórku. A potem impreza stopniowo zamiera. Chcę odnaleźć towarzyszy. Szukam schodów w górę, którymi tu przyszedłem. Ale znów są problemy. Trafiam na jakieś klatki schodowe z mieszkaniami. W końcu zaczepiam kogoś, a ten mi odpowiada, że muszę wrócić na imprezę do galerii – tam jest wyjście na zewnątrz. Przechodzę więc jeszcze raz to podwórko-studnię i znajduję w końcu spiralne schody. Idąc w górę chwytam kanapki i ciasta i pakuję je sobie łapczywie do ust. Jedno z ciast spada mi na podłogę, ale czujny kelner błyskawicznie je podnosi i podaje. W końcu jestem na zewnątrz. Odnajduje się mój towarzysz poszukiwań i towarzysząca mi od początku dziewczyna.

A Gocław wygląda teraz niesamowicie pięknie. Pojawiły się tu nie wiedzieć skąd  wspaniałe stare kościoły z piękną architekturą. Stare, okazałe budynki zwieńczone niesamowitymi, fantazyjnymi dachami, pełnymi oryginalnych rzeźb. Fantastycznie to wszystko wygląda na tle pięknego niebieskiego nieba tuż przed zachodem słońca. Gdzieś daleko widać jakby Zamek Królewski. Oglądam rzeźbione dachy kościołów i pałaców, a tu ogromny gargulec na jednym z nich nagle zmienia kolor, jarzy się i ożywa. Pręży się i wydaje groźny pomruk. To pewnie wielki realistyczny hologram i nie jedyny tutaj. Idziemy dalej – przechodzimy obok jakiegoś boiska. Tyle, że to boisko się rusza, wypiętrza. Z części tych wypiętrzeń wyłaniają się dinozaury i inne potwory. To wszystko wygląda na jakiś park tematyczny, ale na wszelki wypadek idziemy dalej. Krajobraz zrobił się teraz kompletnie niegocławowy.

– Czy to Gocław? – pytam przechodnia. – Nie – pada odpowiedź. – Jesteście na południe od Gocławia – tu pada jakaś nieznana mi nazwa dzielnicy.

„Kurcze, ale miasto się rozwija” – przechodzi mi przez głowę – „nie byłem tu jakiś czas i popatrz..”. Ktoś mówi, że jest już po północy, ale ciągle jest bardzo jasno. Próbuję dodzwonić się do domu i dać znać o mojej sytuacji. Ale właściwie gdzie i do kogo dzwonię? Chcę powiedzieć, że będę późno, a właściwie to nie mam pojęcia czy znajdę mieszkanie i  jak w ogóle do niego wejdę. Próbuję, ale nie jestem w stanie wbić numeru. Coś mi zawsze przeszkadza.

Skręcamy ku Wiśle, albo to Wisła skręca ku nam. Krajobraz się zmienia. Dziczeje. Tak, czy inaczej – Wisła  stanowi punkt odniesienia. Ruszamy wzdłuż niej na północ. A tam piaskowe hałdy, górki. wielkie powalone drzewa, błotniste zatoczki. Prywatne posiadłości pogrodzone drutem. Ale brzeg jest dostępny dla wszystkich, więc idziemy. Jakiś celebryta odpala ponton z motorem, ale nie chce nas zabrać. Wspinamy się na kolejny klif, a potem musimy zbiec po stromym zboczu. Patrzę, a całe to zbocze usiane jest jakimiś wielkimi, paskudnymi, obłymi, tłustymi robalami. Brrr! Pędzę w dół starając się je ominąć, część pewnie rozgniatam.

Dalej trafiamy na jakiś przywiślany bar, może klub. Specyficzne miejsce. Od samych drzwi zaczyna się ostra sprzeczka. Nasza dziewczyna sugeruje, żeby na wszelki wypadek mieć butelkę pod ręką – może się zaraz przydać. No więc chwytam jakąś za szyjkę. Ale barman rozładowuje atmosferę i tylko butelek nie można odstawić porządnie na półkę, bo ta jest krzywa i butelki zjeżdżają w dół.

Wpadam na pomysł, żeby spławić się po prostu tą Wisłą z prądem. Zwycięża jednak idea, żeby od rzeki trochę odbić. Przecież moje mieszkanie jest trochę w głębi Gocławia. No więc idziemy. A naszym oczom ukazują się niesamowite krajobrazy. Ostańce skalne wśród czerwonawej suchej ziemi – jak na granicy Arizony i Utah. Znów jakieś górki i dolinki. A pośród nich statek wywleczony na ląd. Sieć jakaś zwisa mu z burty. Rzucam się na tę siatkę i wspinam, ale tuż przed celem utykam na dobre. Przez burtę wychylają się jacyś ludzie i mówią żebym się wyprostował. Wyciągam w górę ręce. Chwytają mnie czyjeś silne dłonie i pomagają wleźć. Na górze jest….  targ legijnych pamiątek. Kolega dumnie pokazuje przedramię wymalowane w legijne barwy. Ja krążę między stoiskami. Jednak nic nie przypada mi do gustu. Znów zrobiło się miejsko. Wkoło osiedla. Pogrążam się w świat tych blokowisk, ale nadzieja, że odnajdę w końcu moją gocławską Itakę pryska. Budzę się.

Czytaj dalej „Oniria, czyli cztery sny.”

Czy wiesz co to Bóg?

Jeśli to prawda, że Wielka Brytania stanowi wdzięczne miejsce dla poszukiwaczy osobliwości tego świata, to ja trafiłem szczególnie ciekawie. Brighton okazało się miastem wyjątkowo barwnym i żywym. Dziwaczny indyjski Royal Pavillon przypomina o czasach szalonego króla Jerzego. Niedaleko wąziutkie Lanes w starym rybackim kwartale, gdzie odlotowe sklepiki wabią turystów oryginalnym asortymentem. Molo pełne kiczowatych atrakcji. Nadmorskie hotele, do których od lat wyrywali się z rodzinnych objęć stateczni dżentelmeni z pobliskiego Londynu, by pod pozorem udziału w licznie organizowanych tu sympozjach i konferencjach spędzić „dirty weekend”. Sporo artystów i przeróżnych freaków zwabionych łagodnym klimatem i największym w kraju zagęszczeniem pubów. No i tabuny studentów z całego świata, zjeżdżających na tutejszy uniwersytet i politechnikę oraz do licznych szkół języka angielskiego. Krajobrazowo Brighton też zdecydowanie daje się lubić. Nie tracąc kosmopolitycznego szyku, zniewala przytulnością i malowniczym położeniem na nadmorskich wzgórzach.

Środowisko w którym się znalazłem nie mogło być wdzięczniejszym miejscem dla tropienia osobliwości. Zwłaszcza dla kogoś, kto pierwszy raz w życiu wychynął na Zachód z pogruchotanej kryzysem i bez końca kontemplującej swoje nieszczęścia Polski. Stypendium, które ku mojemu zdziwieniu zdobyłem, umożliwiło mi odbycie stażu w jednym z instytutów miejscowego uniwersytetu. Okazał się on być pełen barwnych i – o zgrozo – lewicujących idealistów. Przybyszowi z kraju, który z ulgą żegnał się z realnym socjalizmem wydawali się niebezpiecznymi wariatami. Wymyślali, jak w kontrze do liberalnych recept stworzyć krajom rozwijającym się nowy, lepszy świat i wcale nie byli zachwyceni opowieściami o tym, jak wzorowo wprowadzamy w Polsce kapitalizm. Korytarze i sale konferencyjne instytutu wypełniało malownicze grono visiting fellows z najdalszych nawet zakątków globu.

Nie musiałem szukać kwatery. Jacek – który rozpoczął swoje stypendium kilka miesięcy wcześniej – zarekomendował pokój w skromnym szeregowcu pani Marii Kowalskiej, sześćdziesięcioletniej autorki sięgających w głąb podświadomości obrazów i grafik abstrakcyjnych – członkini brightońskiej grupy stowarzyszenia katolickich artystów. Próbowałem dociec na czym polega specyfika uprawiania sztuki przez artystę katolickiego w odróżnieniu na przykład do artysty będącego adwentystą dnia siódmego. Ale pewnie nie byłem dość wyrobiony duchowo, by to zrozumieć. Na kimś przybyłym prosto z Polski i przyzwyczajonym do dość schematycznych zachowań pani Maria robiła wrażenie osoby lekko ekscentrycznej. Uznałem jednak, że mieści się w artystycznej normie.

W naszych osobach zyskała nie tylko lokatorów, partnerów wieczornych pogawędek i pomoc w załatwianiu drobnych codziennych spraw. Nasza obecność dała jej także poczucie misji. Przystąpiła ochoczo do wprowadzania nas, chłopaków ze Wschodu, w realia jej brytyjskiego świata. Wizytując jej polskich znajomych nie mogłem uwierzyć, że dotykam żywe pomniki historii. Wszystkich tych lotników z Bitwy o Anglię i piechurów spod Monte Cassino. Dziarskich kiedyś chłopaków, jak z filmów z Bodo i Żabczyńskim. Teraz mniej lub bardziej zgrzybiałych emerytów, siedzących naprzeciw ze swoimi sztywnymi angielskimi żonami i siorbiących tutejszym zwyczajem herbatę z mlekiem. Tutejszych Polaków traktowała nieco z góry. Dało się wyczuć, że to angielskie towarzystwo jest dla niej najważniejsze – katoliccy artyści, współtowarzysze jej kościelnych spotkań modlitewnych, czy medytacji. Prezentowała nas trochę jak ciekawe okazy przyrodnicze, którymi należało się pochwalić.

Dla nas, zaprawionych w codziennej walce o materialny byt, sprawy jakimi żyli ci ludzie były abstrakcyjnymi fanaberiami. Dyskutowano z zaangażowaniem jak wspomóc akcję wysyłania listów protestacyjnych do premier Thatcher przeciw propagandzie wojennej w mass-mediach, o przygotowaniu całodobowego czuwania ekumenicznego w dziesiątą rocznicę zamordowania salwadorskiego arcybiskupa Romero przez prawicowe bojówki, czy o organizacji występu zaprzyjaźnionej grupy lokalnych tancerzy Morris Dance. Najbardziej zaangażowana w to wszystko była Kate, pięćdziesięcioletnia żona katolickiego rzeźbiarza, pracująca jako pielęgniarka i przygotowująca jednocześnie doktorat z francuskiego ruchu oporu. Wkrótce sami zanurzyliśmy się w tej egzotycznej rzeczywistości. Nie wypadało wszak odmówić wsparcia dla narodu salwadorskiego, ciemiężonego przez prawicowe szwadrony śmierci. Jeden z wieczorów spędziliśmy więc pomagając w serwowaniu herbaty uczestnikom ekumenicznego czuwania w kruchcie największego w Brighton anglikańskiego kościoła.

Poznaliśmy oczywiście historię naszej gospodyni. W wieku 14 lat Powstanie. Potem Bergen Belsen i droga do Anglii przez Włochy. Owocująca załamaniem psychicznym, zbyt wczesna okrutna i trudna samodzielność. Starszy od niej mąż – weteran desantu Sosabowskiego z Arnheim – wegetował w domu opieki sparaliżowany po kilku wylewach. Przywozili go co piątek na kilka godzin. Pani Maria nastawiała mu wtedy przyniesiony z salonu w sutenerze telewizor, nalewała kupione specjalnie wino i siedziała z nim cały ten czas w swojej sypialni. Wracając z instytutu słyszałem jak mąż pani Marii to copiątkowe spotkanie kończy za każdym razem z trudem wypowiadanym słowem „mieszkać”. Jątrzył w ten sposób rany w jej sumieniu. Jako osoba z problemami zdrowotnymi oraz osobowością wielkiej damy, zupełnie nie była predestynowana do roli siostry miłosierdzia. Mieszkając pod jej dachem zaczynałem stopniowo rozumieć, że w pewnym sensie pozostała tamtą młodą dziewczyną, ciągle boleśnie odczuwającą swoją samotność i spragnioną oparcia. Ukrywającą głęboki żal do losu za to jak się z nią obszedł i czującą się w prawie żądać za to specjalnych względów. Los jednak najwyraźniej nie miał zamiaru okazać pokory. Pani Maria zresztą też.

Jacek wkrótce wyjechał a ja wsiąkałem coraz bardziej w instytut, pokonując stopniowo strach przed językową i merytoryczną kompromitacją. Kilku wpadek nie dało się uniknąć. Choćby zapytania poznanej na integracyjnym spotkaniu profesorki gender studies, co to właściwie za dyscyplina nauki. Powoli jednak nabierałem ogłady. Zorientowałem się, że zadający pytania niekoniecznie oczekują od razu odsłonięcia dna mojej słowiańskiej duszy. Coraz częściej przylepiał się do mojej twarzy bezinteresowny uśmiech. Nauczyłem się też wyrażać urzędowy entuzjazm nawet wtedy, gdy rozmówca serdecznie mnie nudził. Udało mi się zakolegować z grupą magistrantów, a zwłaszcza z jedną z jej japońskich reprezentantek. Zacząłem eksplorować uroki Brighton w jej towarzystwie, dokonując przy okazji interesujących terenowych badań międzykulturowych. Wkręciłem się też w coniedzielną piłkę w Preston Park w brytyjsko-włosko-marokańskim składzie. Tęsknotę za krajem koiły natomiast spotkania w suterenie zamieszkanej przez parę ciężko i nielegalnie pracujących studentów z Polski, zakrapiane wygrzebywaną skądś Żytnią lub mocnym piwem z pobliskiego off-licence.

Miałem wrażenie, że panią Marię moje usamodzielnienie zaczynało denerwować. Zastawałem ją często w kiepskiej kondycji, leżącą w swoim pokoju. Z początku chętnie spełniałem jej prośby o pomoc. Szybko się jednak zorientowałem, że ona tak naprawdę nie prosi – ona się domaga. Przestałem wierzyć w jej choroby. Zaczęła się cicha psychologiczna wojna podjazdowa. Nic w niej nie zostało wypowiedziane wprost. Wyczuwałem, że denerwuje ją mój zawoalowany opór i wyślizgiwanie się z jej strefy wpływu. Zorientowałem się, że postawienie na swoim w ten czy inny sposób jest dla niej bardzo ważne. Czułem, że za maską bezradności, artystycznego nieładu i liberalnych poglądów ukrywa się skrupulatnie odmierzająca bilans kosztów i zysków, wyrachowana i konsekwentnie egzekwująca swoje zamysły część jej osobowości. Zapamiętanie z jakim potrafiła prowadzić tę subtelną grę sprawiało, że czułem się coraz bardziej nieswojo. Zawsze jednak potrafiła zatrzymać się tuż przed niebezpiecznym naciągnięciem struny. Bardzo się pilnowała, żeby nie przeholować. Jeśli już do tego doszło, zawsze próbowała naprawić sytuację jakimś miłym gestem.

*

Jej słabszy okres w końcu minął. Pani Maria nabierała wigoru i znów zaktywizowała się towarzysko i dobroczynnie. Miała jakąś szczególną słabość do dziwnych typów z problemami poznawanych na grupowych psychoterapiach. Na przykład do Richarda, kiedyś dobrze zapowiadającego się historyka z miejscowego uniwersytetu. Opuszczony przez żonę czterdziestokilkulatek z SM, dręczący psychicznie siebie i nadopiekuńczą matkę miał być kolejnym z gości przewijających się przez jej dom. Pani Maria postanowiła obojgu pomóc, choć była prawdopodobnie ostatnią osobą, która się do tego nadawała.

Jego entrée skończyło się małą katastrofą. Z początku milczący i po angielsku sztywny, w miarę opróżniania kolejnych kieliszków wina wyraźnie się rozkręcił. Angielskie maniery najwyraźniej poszły w kąt, bo standardowy czas pierwszej wizyty dawno minął, a on ani myślał ruszyć się z fotela. Wymawiając się wczesną pobudką zostawiłem ich w końcu samych. Kiedy wychodziłem rankiem na uniwerek, powitał mnie jakby nigdy nic, przystrojony w jej kwiecisty szlafrok. Po pierwszej wizycie został po nim rozwalony fotel i zanieczyszczona łazienka.

Nie wiem o co chodziło mojej gospodyni, ale trzeba przyznać, ze łatwo się nie poddawała. Po jakimś czasie wymogła na mnie powtórne wypożyczenie kasety z „Ostatnim Kuszeniem Chrystusa” i zaprosiła ich oboje na seansPrzyszedł tylko on z butelką wina i w ponurym nastroju. Na tyle ponurym, że najchętniej zostawiłbym ich z tym filmem samych, ale uprosiła mnie, żeby zostać. Alternatywna historia Chrystusa, który schodzi z krzyża i żyjąc z Marią Magdaleną staje się zwykłym śmiertelnikiem, co rusz prowokowała jego złośliwe komentarze. A może to gra Barbary Hershey i Willema Dafoe tak go irytowała ? Alkohol szybko się skończył i Richard zaproponował, że doniesie kolejną butelkę. Pani Maria chyba nie miała ochoty po raz kolejny sprzątać łazienki, ale nie znalazła w sobie dość siły, by skutecznie zaprotestować. Kolejne wino zostało otwarte i zanosiło się na powtórkę z rozrywki. Jej niewerbalne sygnały trafiały w próżnię. W końcu powiedziała po prostu:

– Wiesz Richard, może Bartek zadzwoni do twojej matki i powie, że jesteś u nas, żeby się nie denerwowała ?

To było jak wyciągnięcie zawleczki granatu.

Fuck you !!! Fuck you!!! Stupid bitch !!! – zaczął wrzeszczeć. Obrzucał ją najgorszymi wyzwiskami.

Nie miałem zamiaru dłużej brać udziału w tej ich psychodramie. Wstałem i nie zważając na powstrzymującego mnie Richarda poszedłem do siebie na piętro. Nie zostałem tam długo. Wkrótce dobiegły mnie jakieś niepokojące odgłosy. Zbiegłem do salonu w suterenie. Richard leżał na plecach wczepiony we włosy klęczącej nad nim pani Marii i usiłował wybić jej głową szybę w drzwiach prowadzących do przydomowego ogródka. Podbiegłem ich rozdzielić. Kiedy podnieśli się z podłogi próbowałem go przytrzymać, ale najpierw oberwałem solidnego kopniaka w piszczel a potem wyrwał mi się i strzelił panią Marię w twarz. Zaciągnąłem go do drzwi i wyprowadziłem na zewnątrz. Nie był już agresywny, ale ciągle buzowały w nim emocje.

– Co za dziwka… Widziałeś ?… Co za dziwka… – powtarzał w kółko nie wiadomo właściwie czy do siebie, czy do mnie.

Wróciłem na dół. Czerwony rozbryzg na tapecie świadczył o tym, że próbował trafić w nią kieliszkiem. Jak na osobę, której nietykalność cielesną właśnie naruszono, pani Maria była nadzwyczaj opanowana. Zadzwoniła na policję ostrzegając, że może zrobić coś matce. Powiedzieli, że mogą interweniować tylko jeśli złoży oficjalną skargę. Zadzwoniła więc do niej.

– Słuchaj, mało mnie nie zabił. Uważaj, idzie do ciebie. – Chwila ciszy po czym:

– Nie, to nie była moja wina.

Uległem jej prośbom. Przeszedłem kilka przecznic i wkrótce stałem tam, gdzie jak sądziłem powinien być ich dom. Nie bardzo wiedziałem co tam w ogóle robię i w jaki właściwie sposób miałbym matkę Richarda ratować. Wszystko to było kompletnie absurdalne. Wypełniało mnie jakieś cholerne zażenowanie. Stałem tam w świetle latarni i wpatrywałem się w okoliczne okna usiłując przeniknąć szczelnie zasunięte zasłony. Nadstawiałem ucha w poszukiwaniu jakichkolwiek niepokojących sygnałów. Musiałem wyglądać jak początkujący włamywacz badający teren przed pierwszym skokiem. Nie dostrzegłem nic niepokojącego. Uliczka pogrążona była w późnowieczornej ciszy. Wracając nie mogłem uwolnić się od myśli, że doskonale wiedziała co robi wspominając o jego matce. Ale może zaczęła mi się udzielać ta cała paranoja.

Nazajutrz w moim instytutowym pokoju zadźwięczał telefon. W słuchawce odezwał się jego spokojny, flegmatyczny głos. Musiał zadać sobie trud, żeby zdobyć ten numer. Powiedział, że jest mu przykro takim tonem, jakby informował, że zanosi się na deszcz. Najwyraźniej uważał, że te przeprosiny załatwiają sprawę. Na koniec dodał:

– To jej wina. A tak w ogóle powinieneś wiedzieć, że to wariatka.

*

Zaczynałem mieć już dosyć mojej gospodyni i jej zwariowanych znajomych. Dojrzewałem do decyzji o zmianie miejsca zamieszkania. Czas był najwyższy, bo zamiast koncentrować się na badaniu zmian strukturalnych w gospodarkach krajów rozwijających się, coraz bardziej skupiałem się na analizie jej zachowań. Był już kwiecień, mijała niedługo połowa mojego półrocznego pobytu. Pani Maria postanowiła właśnie wysłać wielkanocną paczkę dla Jacka i jego rodziny. Z zażenowaniem patrzyłem, jak upycha w niej swoje zbędne bibeloty najwyraźniej przekonana, że oszaleją ze szczęścia na widok starych ręczników i jakichś stroików choinkowych. W domu, który Yasuko wynajmowała z Kyoko i jej angielskim chłopakiem, wkrótce miał zwolnić się pokój. Powiedziałem, że go biorę.

Tymczasem miasto zaczynało żyć już dorocznym festiwalem kulturalnym, wykraczającym zdecydowanie ponad lokalny wymiar. Wystawy, koncerty, pokazy filmów. W tym roku motywem przewodnim był upadek muru i wyzwolenie się naszej części Europy spod sowieckiego jarzma. Artyści katoliccy jak zwykle planowali wystawę swoich prac. Tym razem szczególne miejsce musiały zająć dzieła pani Marii, której życiorys symbolizował przecież burzliwe dzieje regionu.

Pani Maria usiłowała sprostać temu wyzwaniu i uświetnić wernisaż nową pracą. Po raz pierwszy od mojego przyjazdu widziałem, jak używa rozkładanej drabinki prowadzącej do umieszczonej na strychu pracowni. Znikała tam na długie godziny. Była coraz bardziej ożywiona. Wyglądało, jakby w końcu złapała wenę.

– Jak idzie pani Mario ?

– Dobrze… bardzo dobrze… – jej oczy aż błyszczały.

– Mogę obejrzeć ?

– Już niedługo. Wkrótce będzie gotowe.

Po jakimś czasie dotarło do mnie, że ona wcale nie śpi. Rano zastawałem ją ubraną dokładnie tak samo jak wtedy, gdy żegnałem ją idąc spać. Wkrótce odgłos jej kroków i śpiewy w ogródku budziły mnie o brzasku już regularnie. Przy pierwszej okazji, korzystając z jej krótkiej nieobecności, rozłożyłem drabinkę i wszedłem na strych. Na sztalugach rozpięte było płótno. Zamiast obrazu, na białym tle, jakby dziecięcą ręką narysowane były dwie kreski. Prosty krzyż. Nic więcej.

Pani Maria była tymczasem coraz bardziej pobudzona. Przemawiała coraz intensywniej i z coraz większą pasją. Przeważnie o Bogu. Zgłębiała istotę wszechrzeczy i wszelkie religijno-filozoficzne pryncypia. Zaczynała każdą rozmowę od sakramentalnego; czy wiesz co to Bóg? Nie miało to jednak nic wspólnego z dewocją. Bardzo wierząca Natalia – studentka pierwszego roku polonistyki z Warszawy, która skierowana przez polskiego księdza zajęła pokój po Jacku – twierdziła wręcz, że ta religijność jest cokolwiek bluźniercza. Jej zaangażowanie w sprawy społeczne uległo przy tym zwielokrotnieniu. Wpadła na pomysł, że zarazi się AIDS, żeby pokazać światu, że poprzez miłość do wirusa można go zwalczyć. Kilka dni poświęciła na dodzwonienie się do Królowej, żeby umówić ją na spotkanie z Papieżem, tak by wspólnie rozwiązali problemy tego świata. Całe dnie wisiała na telefonie obdzwaniając znajomych i dzieląc się z nimi swoimi przemyśleniami. A ja zamiast zajmować się swoimi sprawami wsłuchiwałem się w odgłosy płynące z jej pokoju. Skradałem się po schodach starając się śledzić jej kroki. Zacząłem bać się każdego dzwonka u drzwi, nie wiedząc kogo wpuści do domu. Zdarzało się, że zamiast wyjść jak codzień do instytutu, wolałem zostać na miejscu, by mieć oko na wszystko.

Wpadła niespodziewanie na pomysł urządzenia przyjęcia imieninowego. Przyszły cztery osoby. Pani Maria wyglądała jak upiór, z błyszczącymi oczami okolonymi ciemnymi obwódkami na bladej, bez przerwy mówiącej coś gorączkowo twarzy. Ruth, jej syngaleska znajoma z Prayer Meetings usiłowała dopatrywać się przyczyn jej dziwnego zachowania w słabej odporności na działanie wypitego alkoholu. Tom i Heather życzyli nam abyśmy byli dzielni. Natomiast Winifrede – doradca biskupa, czcigodna i bardzo malownicza szefowa katolickich artystów – przez bite trzy godziny wysłuchiwała w skupieniu niedorzeczności, jakimi raczyła ją pani Maria.

Pokój u Yasuko miał się zwolnić za dwa dni. Miało mnie tu wkrótce nie być. Pani Maria nie była moim bliskim, trudno było jednak wymazać te miesiące pod jednym dachem. Ale właściwie co z tego ? Trafiłem tu przez czysty przypadek. Ktoś wyłożył pieniądze, żebym skupił się na wyciąganiu z pobytu korzyści naukowych, a nie odgrywał Matkę Teresę z Kalkuty. Jeszcze kilka tygodni w tym domu i szlag to wszystko trafi. Wynajmuję tu tylko pokój. Teraz będę go wynajmował tuż obok Yasuko, co powinno wydatnie pomóc w pogłębianiu naszej znajomości. Poza tym jest przecież Natalia.

– Widziałeś ? – Natalia musiała czekać od rana aż wyjdę z pokoju i zbiegła za mną po schodach trzymając w ręku plik urzędowych pism. – To rachunki sprzed dwóch miesięcy. Żadnego nie zapłaciła. Ten jest za prąd. Ten za telefon. O… tutaj chyba przysłali już jakieś ponaglenie. Wczoraj widziałam jak rozdawała banknoty włóczęgom. Musimy coś zrobić Bartek. Nie można jej tak z tym zostawić. Masz jakiś pomysł? – patrzyła na mnie jak na starszego brata. Kurwa, dziewczyno mam to gdzieś. Zaraz mnie tu nie będzie. Mam swoje ważne sprawy i zamierzam się nimi zająć. Nie zdążyłem jej odpowiedzieć, bo przecisnęła się obok nas pani Maria. Była ubrana jak na przyjęcie i taszczyła jakiś rulon. Dorwałem ją przy drzwiach.

– Dokąd się pani wybiera ?

– Do męża. Zadzwoniłam po taksówkę. Pokażę mu najnowsze prace – Tego jeszcze brakowało. Będzie teraz zamęczać bezsilnego inwalidę. Rozda pewnie gdzieś po drodze resztę swoich oszczędności.

– Nigdzie pani nie pojedzie – usłyszałem swój stanowczy głos. — Proszę odwołać taksówkę.

Nawet specjalnie nie protestowała. Uśmiechając się jak zadowolona z psikusa niegrzeczna dziewczynka, odpuściła i zeszła do salonu. A ja stałem w przedsionku nie bardzo wiedząc co zrobić z tym nowo odkrytym poczuciem mocy. Z każdego z jej abstrakcyjnych obrazków zawieszonych na ścianach wpatrywał się we mnie przenikliwie, mniej lub bardziej zdeformowany artystycznie Chrystus.

– No dobra – westchnąłem – chyba znam nazwisko jej lekarza, na pewno to nie jest jej pierwszy raz. Tu niedaleko jest przychodnia. Ty spróbuj znaleźć telefon do Kate. To najbardziej ogarnięta osoba z tego jej towarzystwa.

*

– Ona musi brać leki ! – skwitował moją opowieść lekarz. Teraz dopiero skojarzyłem, że od paru tygodni nie widziałem by jakiekolwiek brała. Wszystko przez ten pieprzony festiwal. Lekarz obiecał wkrótce ją zbadać. Niewiele, ale zawsze to jakiś początek. Więcej osiągnęła Natalia. Kate z mężem przyjechali wieczorem. Ja zadzwoniłem do Yasuko i powiedziałem, że nie mogę na razie wynająć pokoju, nie wiem kiedy będę mógł i że nie mogę ich z tym blokować.

Nazajutrz przyszła Kate.

– Listen Maria – powiedziała biorąc panią Marię ją za ramiona i wciągając już powietrze w płuca, żeby dobitnie i z należytą wyrazistością przekazać jej informację o konieczności uzyskania porady lekarskiej. Radosne:

– Hemophiliacs – wyrwało się akurat w tym momencie z uśmiechniętych ust pani Marii, której myśli błądziły najwyraźniej znowu wokół problemu AIDS.

– Hemophiliacs to you too! – odparowała natychmiast Kate prosto w zadowoloną z siebie twarz.

Udało się jednak zabrać panią Marię do psychiatry. Potem Kate dyżurowała przy niej tak, żebyśmy mogli zająć się swoimi sprawami. Uruchomiła też innych znajomych. Pani Maria dostała w końcu leki i ktoś stale pilnował, by je brała. Zaczęło iść ku lepszemu. Choć nie zawsze szło gładko.

Uczucie bezsilności zelżało. Było lepiej, ale pani Maria nie przestawała namiętnie obdzwaniać znajomych – a zwłaszcza Richarda – i dzielić się z nimi swoimi przemyśleniami. Kiedyś wychodząc z domu zauważyłem, ze ogląda film o wampirach. Musiało ją to zainspirować, bo po moim powrocie z uniwersytetu oświadczyła, że w twarzy community nurse – siostry Hazel, która ją tego dnia odwiedziła, ujrzała wampira. Było to zupełnie niewinne skojarzenie związane ze stanem uzębienia siostry Hazel. Niestety nie wszyscy byli w stanie tak to zinterpretować. Niedługo po jej kolejnym telefonie zadźwięczał dzwonek u drzwi. Zjawili się Ann – jej znajoma z psychoterapii – wraz z mężem Adrianem. Ann historię o przedzierzgnięciu się siostry Hazel w wampira potraktowała śmiertelnie poważnie, twardo żądając od męża natychmiastowego powiadomienia lekarza i odstawienia pani Marii do szpitala. Na to wkroczyłem ja informując przybyłych, że pani Maria jest po odpowiedniej konsultacji, ma zaordynowane leki i trzeba tylko czekać na efekty. Ann jednak to nie uspokoiło. Chcąc ratować panią Marię poradziłem Adrianowi, żeby skontaktował się z Kate i zasięgnął informacji z pierwszej ręki. Adrian, niezwykle sympatyczny absolwent Oxfordu, człowiek o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, tak też zrobił, ale zupełnie nie potrafił przeciwstawić się swej histerycznej żonie. Rzeczowe argumenty wydawały się do niej nie docierać. Widząc malująca się na twarzy Adriana rozterkę przyznałem, że właściwie to Ann jest w sprawie choroby dwubiegunowej osobą najbardziej kompetentną. Adrian z wyraźną ulgą zadzwonił na Emergency, po czym w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku pożegnali nas. Bohaterka wieczoru zachowywała się cały czas tak, jakby to nie ją chciano zamknąć w szpitalu wariatów.

– Po co pani wygadywała Ann te wszystkie głupstwa o wampirach ? – zaatakowałem ją zaraz po wyjściu małżeństwa.

– A czy to moja wina, że Ann taka nerwowa ? – rozbroiła mnie tą odpowiedzią.

Na tym ten pełen niespodzianek wieczór się jednak nie zakończył. Znowu zadźwięczał dzwonek zwiastujący sukces misji ratunkowej Adriana i Ann. W drzwiach stanęła lekarka z pogotowia. Na szczęście wykazała sporo rozsądku proponując co najwyżej zwiększyć dawkę środka uspokajającego. Pani Maria prawie nie dała jej dojść do głosu.

Stan pani Marii wyraźnie się w kolejnym tygodniu poprawił. W sobotę ubrała się odświętnie i pojechaliśmy na wernisaż. Okazało się, że artyści katoliccy sami dokonali selekcji jej prac i najlepsze z nich wyeksponowali w centralnym miejscu. Był piękny słoneczny, majowy dzień. W ogóle było miło. Pani Maria promieniała i nie mówiła już więcej o Bogu, ani o rumuńskich dzieciach z AIDS. A ja chyba po raz pierwszy od przyjazdu tutaj nie czułem się między nimi jak człowiek z innego świata. Ale w życiu rzadko kiedy zdarzają się piękne zakończenia.

*

W niedzielę późnym wieczorem jedna ze stacji telewizyjnych miała pokazać rozgrywany w Glasgow mecz Polska-Szkocja. Czekałem na to niecierpliwie od kilku dni uprzedzając o tym panią Marię kilka razy. Piłka jest moim drugim życiem. Nie opuściłem ważnego meczu od niepamiętnych czasów, a tu – na obczyźnie – obejrzenie go było dla mnie szczególnie ważne. Dziesięć minut przed meczem zszedłem do salonu i włączyłem odbiornik. Pani Maria podążyła tam za mną. Wbijając wzrok w ekran obiecałem sobie, że nic nie będzie w stanie mi przeszkodzić. Nie doceniłem jednak pani Marii. Na różne sposoby starała się przyciągnąć moja uwagę. Opowiadała jakieś historie z przeszłości. Podtykała mi pod nos reprodukcje swoich prac i święte obrazki. Wreszcie zaczęła chyba odprawiać nade mną egzorcyzmy modląc się głośno. Wpadła w końcu na szatański pomysł.

– Ile jeszcze zostało ? Kilka minut ? To ja posłucham Pavarottiego…

Tutaj mnie dosięgła. Na boisko wybiegali już chłopcy w biało-czerwonych strojach, a dźwięki belcanta zupełnie zakłócały komentarz. Czułem jak krew w skroniach pulsuje mi coraz mocniej. Bez słowa pogłośniłem odbiornik. Oddająca się operowym uniesieniom pani Maria zrobiła chwilę później to samo. Nie pozostałem dłużny. Operacje z potencjometrem wykonane zostały przez nas po kilka razy. Pod sufitem krzyżowały się patetyczne frazy z Toski z głosem komentatora wychwalającego zalety woleja Dziekanowskiego. Z zaciśniętymi zębami oczekiwałem odgłosów dobijania się do drzwi wyrwanych ze snu, wściekłych sąsiadów. Pierwszy nie wytrzymał kot czmychając przez swoje wyjście do ogrodu. Chwilę potem, zaczęła wymiękać pani Maria.

– Może ściszyłbyś telewizor. Jest późno i Natalia może się obudzić. – Tego było już za wiele.

– OK – wybuchnąłem. – Ale najpierw niech pani ściszy ten swój magnetofon!

Poddała się, ściszyła i wyszła.

Historia z meczem zwiastowała porażkę naszej akcji ratowniczej. Nie było innej drogi. Pani Maria wylądowała w szpitalu. To był normalny otwarty oddział. Duża sala musiała pamiętać czasy królowej Wiktorii. Przestrzeń między łóżkami oddzielały kotary. Wysiłki lekarzy starających się farmakologicznie ściągnąć panią Marię z wyżyn uniesienia, zaczęły w końcu przynosić efekty. Poruszała się w zwolnionym tempie i z trudem wydobywała słowa. Przez pierwsze dwa tygodnie mieliśmy z Natalią względny spokój. Później nasza podopieczna zaczęła odzyskiwać siły, pogrążając się w napastliwej depresji. Dzwoniła coraz częściej domagając się przywożenia przeróżnych drobiazgów i testując pokłady samarytańskiej dobroci Natalii. Szczególnie wobec niej pozwalała sobie na sarkastyczne aluzje. Dawała do zrozumienia, że robi nam łaskę pobierając tak niski czynsz. Do domu wróciła zdecydowanie najmniej przyjemna jej wersja. Natalia miała tego dość. Widząc co się dzieje, ktoś z angielskich znajomych pani Marii załatwił jej inny pokój. Ja także zamierzałem odejść, choć sąsiadem Yasuko był już od miesiąca jakiś przystojny Grek.

Kiedy po raz kolejny zaczęła robić mi idiotyczne wymówki nie wytrzymałem. Wszystko co kumulowało się przez te wszystkie miesiące teraz ze mnie jakoś wylazło. Ja – do bólu dobrze wychowany chłopiec – pouczałem teraz sześćdziesięcioletnią kobietę, choć nie była nawet moją daleką krewną. Rzucałem jej w twarz swoją prawdę o jej paskudnym zachowaniu wobec Natalii, cholernej niewdzięczności, o tych jej żałosnych gierkach i braku odwagi, by mówić wprost. Jak nigdy dotąd miałem gdzieś jak to odbierze i co sobie o mnie pomyśli. Nie wyglądała nawet na zaskoczoną. Słuchała w milczeniu do samego końca. Kurczyła się tylko w sobie i w końcu głos z jej wnętrza przebił się przez wszystkie warstwy jej osobowości.

– Wybacz mi Bartek – powiedziała cicho ukrywając twarz w dłoniach – czasem po prostu nie jestem sobą.

(Nie)zwyczajny dzień

6:20

Budzik jak zwykle odezwał się w chwili, gdy nieznana piękność zrzucała ręcznik okrywający jej ciało. Marek pomyślał, że powinien w końcu zainteresować się oneironautyką. Być może to jedyny sposób, by wreszcie dośnić ten sen do końca. Sięgnął po smartfona. Była szósta siedemnaście. Zrezygnowany podniósł się z łóżka. Kiedyś, po intensywnej nauce, trzy, cztery godziny snu zupełnie mu wystarczały by zregenerować się przed egzaminem. Teraz pękał mu łeb, serce waliło mocno i miał wrażenie, że zaraz rozpadnie się na kawałki.

Chwycił radio i powlókł się do łazienki. Włączył odbiornik. Zawsze zaczynał dzień przy akompaniamencie najnowszych wiadomości, okraszonych komentarzami wszechwiedzących dziennikarzy. Właśnie jeden z nich bredził coś o gospodarce, zdradzając kompletną ignorancję. Chwilę później jego młoda koleżanka ze swadą pouczała jakiegoś ministra jak powinno się rozwiązywać problemy kraju. Marek szczerze im tej pewności siebie zazdrościł. Nawet jeśli stała za tym zwykła głupota.

Wszedł pod prysznic. Obrazy wczorajszego wieczoru stopniowo powracały. Sawicki wezwał go na 19:30. Cały on. Toksyczny sukinsyn, wyznaczający spotkania o najbardziej nieludzkich porach. Wielki Piotr Sawicki, podziwiany przez wszystkich menedżer. Facet, który kilkanaście lat temu postawił na nogi kilka upadających spółek, a z małego banku zrobił największą instytucję finansową w tej części Europy. Bohater narodowy ery wczesnego kapitalizmu. Kiedyś także jego idol. Zespół Marka przez kilka tygodni pracował nad projektem, który miał być kluczowy dla nowej strategii. Był z nich dumny. Zrobili świetną robotę, jak na tak krótki czas i warunki w których przyszło im pracować. Sawicki miał ją wkrótce przedstawić na posiedzeniu rady nadzorczej. Ostatnio jego gwiazda mocno przyblakła i potrzebował sukcesu, który zapewniłby kolejną kadencję w fotelu prezesa. Marek mógł go zapewnić, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Wszedł do jego gabinetu punktualnie. Zdziwił się, kiedy zobaczył tam także Adama. Chociaż właściwie nie powinien się zdziwić. Poznali się kilka lat temu przy jakimś projekcie. Adam pracował wtedy w consultingu i zrobił na Marku duże wrażenie. Ściągnął go do firmy przed kilkoma miesiącami licząc, że wesprze zespół wyniesioną z Harvardu wiedzą i sporym już doświadczeniem. Ale Adam najwyraźniej wolał grać na siebie. Był dobry – pewnie uznał, że zbyt dobry. Marek zdążył poznać nieufność Sawickiego. Nie miał wątpliwości, że Adam robi tu za jego recenzenta. Przywitali się. Sawicki od razu przeszedł do rzeczy.

– Przestudiowałem wasz projekt. Co to ma w ogóle być ? Przecież wasze prognozy rynku są kompletnie do dupy.

Nie tego się Marek spodziewał. Kątem oka zauważył, że Adam utkwił oczy w ścianie. Znał Sawickiego. Wiedział, że ma minutę. Jeśli w ciągu minuty nie skupi jego uwagi i nie będzie dostatecznie przekonujący, przegra.

– Panie Prezesie, pozwolę sobie mieć inne zdanie, wzięliśmy pod uwagę wszystkie czynniki, zastosowaliśmy unikalną metodę agregacji danych. Z uwagi na wysoką niepewność pokazujemy przedziały, w jakich z określonym prawdopodobieństwem znajdzie się rynek…

– Co mi Pan tu pieprzy o jakichś przedziałach. Ja chcę liczby, jednej liczby, zrozumiał pan? – Marek poczerwieniał. Zrozumiał, że nie ma żadnych szans. Sawicki utkwił w nim wzrok.

– Proszę na jutrzejsze poranne posiedzenie zarządu przeliczyć wszystko jeszcze raz. Skonsultujcie to z panem Majewskim – gestem ręki wskazał na Adama. – Wariat – pomyślał Marek.- Niebezpieczny wariat. Cały zespół dokonywał tych obliczeń przez trzy tygodnie i on dobrze o tym wie.

– T-to… to niemożliwe panie Prezesie.

– Co ? – Sawicki skrzywił się i uniósł brwi. – Jak to niemożliwe !? – podniósł głos.

– Niemożliwe… nie ma już ludzi w pracy. – Markowi było już właściwie wszystko jedno. Chciał tylko jak najszybciej stąd wyjść. Sawicki machnął ręką. Spoglądał teraz na Marka jakby ten był jakimś parszywym śmieciem.

– W takim razie jutro będzie pan tego bronił na zarządzie – wielki paluch Sawickiego z każdym wypowiedzianym słowem rytmicznie wskazywał na papiery rozrzucone na stole, jakby były dowodami jakiejś wyjątkowo ohydnej zbrodni. Ton jakim cedził te słowa nie wróżył niczego dobrego. Audiencja była skończona.

Ostry ból przywrócił Marka do rzeczywistości. W lustrze, widać było jego twarz pokrytą pianką do golenia. Podkrążone oczy zdradzały nieprzespaną noc a ze świeżo odsłoniętego fragmentu policzka spływała strużka krwi. Marek zaklął i sięgnął po watę. Wczoraj po wyjściu od Sawickiego nie mógł się przez dłuższy czas pozbierać. Ale nie miał wyjścia. Musiał wziąć się w garść. Widział jak Sawicki potrafi rozjeżdżać ludzi na zarządach. Przykro było patrzeć jak odziera ich z godności, jak kulą się w sobie i stają się jacyś mniejsi. Nie chodziło tylko o niego. Jego ludzie przez te tygodnie dawali z siebie wszystko. Nie mógłby spojrzeć im w oczy, gdyby ich zawiódł. Nie mówiąc już o patrzeniu na siebie przy goleniu. Siedział nad papierami do czwartej rano. Od jakiegoś czasu był bardziej menedżerem niż specjalistą. Dokładnie studiował więc obliczenia, starał się zrozumieć najdrobniejszy szczegół. Wiedział, że jeśli czegoś zaniedba, będzie niepewny, pozwoli sobie na chwilę zawahania – przegra wszystko.

Skropienie się wodą kolońską zakończyło poranną toaletę. Nie chciało mu się już stawać na wadze. Monika uważała, że ma jakąś obsesję na punkcie odchudzania, ale on wiedział swoje. Do najbliższego triathlonu musi zrzucić jeszcze dwa kilogramy i choćby miał wyglądać jak ofiara głodu w Somalii, zrobi to. Musi dać sobie szansę. Potem niech się dzieje co chce. Monika… Gdyby zostali razem może by się już pozabijali. Marek zrozumiał za późno, że nie może jej stracić. Próbował ją zatrzymać. Odmalował stare meble na tarasie. Zasadził pelargonie których ona tego roku nie zasadziła. Usunął wszystkie chwasty bujnie pleniące się w zaniedbanym ogrodzie. Wymienił w domu wszystkie przepalone żarówki i wyszorował każdy kąt. W kilka dni jej nieobecności zrobił to, co przez długie miesiące powinien był systematycznie robić wzorowy mąż. Potem porozstawiał w każdym z jej miejsc grube bukiety czerwonych róż. Zaopatrzył się też w szkolne akwarelki i na kawałku brystolu namalował śmieszny plakat powitalny. Taki sam jak przed laty, kiedy zgodziła się z nim zamieszkać. Był w końcu gotów rzucić dla niej w cholerę ten deszcz endorfin dających siłę, by przetrwać korporacyjne dni i zabrać ją w podróż, na którą tak długo czekała. Powiedział, że kończy z triathlonem. Chciał udowodnić, że jest najważniejsza. Ale była już zimna jak gad. Zupełnie jakby ktoś podstawił w jej miejsce klona. Był pewien, że to robota jej przyjaciółek i terapeutki, która na pewno wyprała jej mózg kojąc jej ból jego kosztem. Był gotów je wszystkie pozabijać.

Teraz znów wszystko się rozłaziło w tym domu. Marek przyjrzał się szarym zaciekom na szybach i zdał sobie sprawę, że pani od sprzątania nie było już od dwóch tygodni. Zszedł do kuchni. Wypłukująca magnez kawa nie mieściła się w jadłospisie triathlonisty-amatora, ale Marek bardzo jej teraz potrzebował.

10:00

Wieść o wypadkach w gabinecie Sawickiego szybko się rozniosła i już od rana pokój Marka wypełnił się najbliższymi współpracownikami. Wojtek i Ewa zostali poproszeni o asystowanie mu na zarządzie. Reszta miała czekać w gotowości, gdyby potrzebne było wsparcie. Wczorajsze rozdygotanie minęło. Więcej nie mógł zrobić.

Punktualnie o 10:20 Marek podniósł z biurka teczkę z materiałami i po kilku minutach znaleźli się z Wojtkiem i Ewą w windzie zmierzającej na piętro zarządu. O 10:28 zaproszono ich do środka. Dwóch zaprzyjaźnionych wiceprezesów spoglądało na Marka ze współczuciem. A może tak mu się tylko wydawało. Zajęli miejsca naprzeciw. Adam był już na sali kiedy weszli. Siedział z boku z miną pewnego siebie mądrali. Cholerny sukinsyn – pomyślał Marek. Sawicki otworzył materiały.

– Przechodzimy do punktu trzeciego. Jak wiecie, wkrótce musimy przedłożyć radzie nadzorczej naszą nową strategię. Teraz będziemy mieli okazję omówić założenia jej kluczowego elementu. Osobiście uważam, że ten materiał jest słaby, ale kolega Grot ma zdaje się inne zdanie. – spojrzał na Marka jak myśliwy na zwierzynę, którą właśnie postanowił upolować.

Marek wytrzymał spojrzenie Sawickiego. Byli przez moment jak para bokserów przed walką. Sawicki pochylił nieco głowę i Markowi wydawało się, że fałdy skóry na szyi zaznaczały mu się bardziej niż zwykle.

– Tak panie prezesie. Mam inne zdanie! – usłyszał swój własny, mocny głos. Wszyscy, którzy próbowali jeszcze przypomnieć sobie szczegóły tematu, podnieśli teraz wzrok znad papierów spoglądając na niego z zaciekawieniem.

– Uważam, że zrobiliśmy wszystko zgodnie z regułami sztuki. Nasze szacunki…

– Jakie szacunki ? Przecież to kupa gó….

– Proszę pozwolić mi dokończyć ! – wszystkie emocje ostatnich kilkunastu godzin wylały się w tym momencie z Marka i skupiły w tych pełnych determinacji i pewności siebie słowach. Zapadła kompletna cisza. Nikt dotąd tak Sawickiemu nie odpowiedział. Wszyscy skupili się teraz na jego reakcji. Sawicki spojrzał na Marka zdziwiony i… skinął ręką w przyzwalającym geście.

Dyskusja nad projektem trwała rekordowe dwie godziny. Sawicki słuchał cierpliwie, zadając od czasu do czasu spokojne pytania. Wojtek i Ewa tłumaczyli bardziej skomplikowane szczegóły techniczne. Adam siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym w papiery. Opinia dwóch kluczowych członków zarządu była pozytywna. Ale i tak wszystko zależało od Sawickiego. Oczy obecnych skierowane były na niego, jakby był jakimś pieprzonym cezarem, od którego zależy życie gladiatora na arenie.

– Wybronił się pan – powiedział w końcu uśmiechając się krzywo. – Kontynuujcie pracę.

13:20

W gabinecie napięcie zupełnie z Marka zeszło. Wokół znów było tłoczno, bo Wojtek i Ewa z wypiekami na twarzy przekazywali właśnie dobre wieści pozostałym członkom zespołu. Powoli zaczynało do niego docierać, że postawił się Sawickiemu na oczach wszystkich najważniejszych ludzi w firmie. W dodatku Sawicki odpuścił. Nikt wcześniej nie wydostał się spod topora. Na pewno nie w taki sposób.

Marek zastukał w blat biurka. Uciszyło się.

– Daliśmy dziś radę. To sukces was wszystkich. Szczególne podziękowania dla Ewy i Wojtka. Szkoda, że nie widzieliście ich w akcji. Wielkie brawa dla nich – Marek wyciągnął rękę w ich kierunku jak rasowy konferansjer. – Spisaliście się na medal. Ale teraz wszyscy musimy wziąć się do roboty. Nie możemy tego spieprzyć. Został tylko miesiąc na doszlifowanie szczegółów. Obiecaliśmy i dowieziemy ! A po wszystkim będziemy świętować.

Zaczęli się rozchodzić wśród wesołych komentarzy. Tylko Ewa stała nieruchomo nie odrywając od niego wzroku.

– Wierzyłam w Ciebie – powiedziała gdy pokój opustoszał. Podeszła i pocałowała go. Marek uśmiechnął się. Przesunął ręką po jej włosach.

– Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo było mi to dziś potrzebne. Nigdy nie przestawaj proszę. – Przytulił ją, pocałował. Nie lubił wielkich słów, ale czuł, że to dzięki niej jego życie nabrało znowu jakiegoś sensu. Mocował się przez chwilę z bluzką, zanim udało się uwolnić ją ze spodni. Chwilę potem przesuwał dłonie po jej plecach. Cofnęła usta.

– Masz zimne ręce – wyszeptała nie przestając się uśmiechać. Zadzwonił telefon i oboje aż drgnęli przywołani do porządku. Ewa położyła mu palec na ustach.

– Odbierz… wariacie.

14:15

Dzwoniła Maria, asystentka Sawickiego. Miał pilne spotkanie poza firmą i prosił, żeby Marek osobiście odebrał pendrive’a z mocno poufnymi dokumentami dotyczącymi strategii. Marek ją lubił. Nie pasowała do reszty załogi obsługującej zarząd – z reguły młodych dziewczyn, pokrywających zagubienie nadmiarem pewności siebie. Dobrze po pięćdziesiątce, dyskretna i efektowna. Była uosobieniem spokoju i elegancji.

– Miał się z tobą spotkać osobiście, ale musiał pilnie wyjść. Wieczorem wylatuje do Londynu. Nie chciał z tym czekać – pokazała na dokumenty. – Masz być na oficjalnej prezentacji nowego dyrektora zarządzającego. Może być poniedziałek o dziesiątej ?

-Kto ?

-No tak, nie zdążył ci powiedzieć – uśmiechnęła się. – W takim razie ja też nie mogę.

Marek bezwiednie zerknął na stos dokumentów czekających na dostarczenie Sawickiemu. Dostrzegł tam prezentację na temat strategii opatrzoną nazwiskiem Adama. Nieprzyjemne uczucie ścisnęło mu gardło. …nie, tylko nie on.

– Tak, będę oczywiście.

– Słyszałam, że dobrze ci dziś poszło. Chyba zrobiłeś na nim wrażenie – powiedziała ściszonym głosem uśmiechając się tajemniczo.

Marek zmusił się do odwzajemnienia uśmiechu i pokwitował odbiór dokumentacji. Jedna z kopert nie była oznaczona jako poufna. Podniósł ją i skierował wzrok na Marię. Nie zdążyła już zaspokoić jego ciekawości. Zadzwonił właśnie Sawicki, więc nie doczekawszy wyjaśnień Marek skinął jej na pożegnanie i wyszedł.

14:45

System kursowania wind w tym biurowcu od zawsze był dla Marka nierozwiązywalną zagadką. Wszystkie utknęły gdzieś na dobre i spora grupka oczekujących wbijała znudzony wzrok w smartfony starając się na siebie nie patrzeć. Marek zrobił to samo. Nie zdążył jednak zagłębić się w objawy chorobowe buldożki Małgorzaty Rozenek, bo czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. Odwrócił się.

– Gratuluję, jesteś bohaterem dnia – przed nim stał Adam. Jego uśmiech sprawił, że ironia zawarta w tych słowach była dla Marka aż nadto czytelna.

– A ty ? W jakiej roli się obsadziłeś ?

– Ja ? Jestem tylko skromnym statystą. Kiepski ze mnie psycholog, ale nie jestem pewien, czy Sawickiemu twoja krucjata się spodobała. – zbliżył twarz do Marka i ściszył głos.

-To mściwy skurwysyn.

– Sawickiemu? Czy może raczej tobie ? Fałszywy dupku – dodał w myślach. Adam spojrzał zdziwiony ale nie tracił pewności siebie.

– Naprawdę jestem pod wrażeniem. Pełen szacun. Tylko wydaje mi się, że traktujesz to wszystko troszkę zbyt osobiście. To tylko robota Marek. Fabryka. Nic więcej. Wkładasz w to chyba zbyt dużo emocji. To niezdrowe. – Serce zaczynało Markowi bić coraz mocniej.

– Może ty powinieneś zająć się swoim zdrowiem. Strasznie blady siedziałeś na tym zarządzie – przyjechały dwie windy, ale żaden z nich do nich nie wsiadł. Przestrzeń wokół opustoszała.

– Na zdrowie nie narzekam, ale miło, że się tak o mnie troszczysz. – Adam znów się uśmiechał – A tak między nami, ciesz się że Sawicki nie dostrzegł błędu w waszych założeniach. Wojtek próbował Ci na niego zwracać uwagę, ale najwyraźniej byłeś zbyt zajęty żeby go porządnie wysłuchać. To ja podrzuciłem wam pomysł jak te założenia poprawić. Prawda jest taka, że to ja uratowałem ci dupę. To się będzie musiało zmienić Marek.

Teraz już krew łomotała mu w głowie na całego.

 – Tak ? Słuchaj ty cholerny skurwysynu. Siedziałeś tam jak zbity pies. Warujesz przed Sawickim i tylko do tego się nadajesz!

Teraz Adam wyraźnie poczerwieniał. Oddychał ciężko.

– Jeśli chcesz koniecznie wiedzieć – jest więcej rzeczy, które mogą się Sawickiemu nie spodobać – wycedził w końcu. – Wiesz… on i Ewa kiedyś blisko współpracowali. Bardzo blisko. Myślisz, że w wolnych chwilach rozmawiali o pogodzie ? Niektórzy mówią, że nadal bywa u niego w gabinecie. Wydaje ci się, że to ja mu przynosiłem niusy o waszej robocie ? Wiesz co jeszcze mówią ? Że oni niekoniecznie tylko w sprawach strategii się spotykali. Nie wiedziałeś o tym, prawda?

Regularny prawy prosty wylądował na szczęce Adama. Marek w całym swym czterdziestopięcioletnim życiu nigdy nikogo nie uderzył. Teraz jednak patrzył jak głowa Adama odchyla się bezwiednie do tyłu a on przelatuje przez otwierające się drzwi windy, wpadając prosto w objęcia jakiejś delegacji.

– Jesteś skończony palancie! Słyszysz ?! Nie istniejesz już! – zdążył jeszcze usłyszeć Marek nim drzwi windy się zamknęły.

15:30

Kolejne trzy kwadranse Marek spędził za biurkiem wpatrując się nieruchomo w ścianę i przyciskając zmoczoną w zimnej wodzie chustkę do obolałej dłoni. Dzwonił do niej już kilkanaście razy. Komórkę miała wyłączoną. W pokoju jej nie zastał. Podobno już wyszła…

Ocknął się w końcu. Sięgnął po klawiaturę i wybrał adres działu strategii największego ich konkurenta. Otworzył kopertę z napisem „poufne” i włożył pendrive do komputera. Wiedział, że firmowe służby bezpieczeństwa dostarczą jutro na biurko Sawickiego dokładny raport o tym mailu. Świadomość tego sprawiała mu przyjemność.

Koło 16:30 wyjechał na warszawskie ulice przebijając się przez piątkowe korki. Lawirował ryzykownie zmieniając pasy, a kiedy wydostał się na dwupasmówkę wcisnął gaz do dechy. Sylwetki mijanych samochodów malały szybko w lusterku. Za miastem, ścieżką wzdłuż szosy biegło dwóch mężczyzn w profesjonalnie wyglądających strojach. Tempo ich biegu i pasy z bidonami świadczyły, że musiało to być długie wybieganie. Trening, jaki na dzisiejszy wieczór zaplanował Marek.

Koło 17:30 dotarł do domu. Zrobił kanapki, zapadł w miękki fotel i uruchomił pilotem telewizor. Potem wychylił się sięgając do biurowego plecaka po poranną gazetę. Wraz z nią wypadła na stół koperta, jedna z dwóch przekazanych dziś przez Marię. Marek obejrzał ją dokładnie.

19:30

Aneta Kowalska sprzątała u Grotów od kilku lat. Widać było, że z nimi jest coraz bardziej nie halo, bo dom stawał się coraz bardziej zapuszczony. Jakby przestało im zależeć. A właściwie jej, bo Marek jak każdy facet zostawiał po sobie totalny pieprznik. Aneta powiedziała mu, że odchodzi, ale miała wrażenie, że zupełnie jej nie słuchał. Nie mogła zrozumieć jak taka efektowna, ogarnięta babka mogła tak długo wytrzymać z tym bujającym wiecznie w obłokach, nieużytym kosmitą. Ten facet nie potrafił nawet gwoździa prosto przybić. Nawet dziury w ścianie wierciła ona. Aneta dałaby głowę, że kiedy ostatnio szorowała podłogę, przechodząc próbował zaglądać jej w dekolt. Oni wszyscy siebie warci – jak nie pijak to erotoman gawędziarz. Kowalska znalazła w końcu pracę na pełen etat i po raz pierwszy w życiu nie musiała martwić się o opłacenie wszystkich tych zusów-srusów. Przyszła teraz tylko po to, żeby pobrać należne jej wynagrodzenie i zwrócić klucze. W domu paliło się światło. Zadzwoniła kilka razy ale nikt nie otwierał. Nie zniechęciło jej to. Nie zamierzała marnotrawić czasu i wracać tu jeszcze raz. Otworzyła furtkę i podeszła do drzwi. Nie były zamknięte. Dla pewności zastukała mocno jeszcze raz – znowu bez żadnej reakcji. Lekko zaniepokojona weszła do środka.

Marek chrapał z otwartymi ustami wciśnięty w wielki fotel. Stojąca na stoliku butelka whisky była niemal pusta. Aneta z dezaprobatą pokiwała głową zadowolona ze swej eksperckiej znajomości męskiej natury. Dostrzegła leżącą tuż obok kopertę. Nie miała wielkiej nadziei, że w jej wnętrzu znajdzie swoją wypłatę, ale nie byłaby sobą, gdyby tego nie sprawdziła. Koperta była rozerwana. W jej wnętrzu, zamiast pieniędzy tkwiła wciśnięta nieudolnie kartka firmowego papieru. Aneta wyjęła z torebki okulary do czytania. Rozprostowała kartkę i zaczęła pod nosem sylabizować tekst. … powierza się Markowi Grotowi stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. Strategii. Podpisano … Piotr Sawicki.

Katastrofa

Marta przez trzy lata była zupełnie niewidoczna. Kujonka w okularach, stojąca na przerwach gdzieś z boku, by po lekcjach szybko zniknąć wszystkim z oczu. Ale pod koniec trzeciej klasy coś się zaczęło zmieniać. Kamil jakoś przegapił ten okres transformacji, kiedy zakwitła i jej rysy i sylwetka z dziewczęcych stawały się coraz bardziej kobiece. Kiedy jednak po raz pierwszy przyszła do szkoły bez okularów w grubej oprawie nie sposób już było jej nie dostrzec. Zwłaszcza, że zaczęła staranniej się ubierać i obcięła modnie włosy. Kompletnie stracił dla niej głowę. Siedząc nad geometrią łapał się na tym, że rozbiera ją w myślach a bryły z zadań nieuchronnie przybierają kształt jej piersi. Zdał sobie sprawę, że zawsze podobały mu się jej wypracowania odczytywane czasem na polskim. W każdym było coś niebanalnego, a Kamil nie cierpiał podręcznikowych schematów. Czuł, ze łączy ich jakieś powinowactwo dusz. Lubił wyobrażać ich sobie razem w różnych sytuacjach. Ale bał się, że kiedy powie o jedno słowo za dużo, zrobi jakiś nieprzemyślany gest – zepsuje wszystko. Wolał zatem marzyć patrząc na nią każdego szkolnego dnia i napawać się świadomością, że wszystko jest możliwe. Studniówka była darem niebios. Przed pierwszym treningiem poloneza manewrował tak, by znaleźć się tuż przy niej. Kiedy przyszedł moment dobierania w pary, nie dał się wyprzedzić nikomu. To miał być ich wieczór.

Czasy były kryzysowe – nawet jak na standardy realnego socjalizmu. Przygotowania do studniówki stanowiły więc dla całej rodziny nie lada wyzwanie. Rodzice podjęli je jednak ochoczo, tak jakby to oni mieli wyjść na studniówkowy parkiet. Mamie udało się kupić granatowy materiał i po serii nudnych krawieckich przymiarek pierwszy garnitur Kamila został z namaszczeniem umieszczony w szafie. Dużo większym problemem okazały się buty. Sklepowe półki świeciły pustkami. Kiedy w końcu, dzień przed studniówką udało się upolować jakąś w miarę odpowiednia parę, ta po bliższej adjustacji okazała się wadliwa. Nie było rady. Ojciec w akcie desperacji wyruszył na bazar Różyckiego, uzbrojony w patyk odwzorowujący rozmiar Kamilowej stopy. Po dwóch godzinach wrócił triumfujący, trzymając pod pachą zapakowane w papier pudełko. W środku znajdowały się lakierki z zawadiackim szpicem i trzycentymetrowym obcasem. Oglądając je Kamil zdał sobie sprawę, że grozi mu całkowita kompromitacja. Było już jednak za późno.

W sobotnie popołudnie mieszkanie Sosnowskich w śródmiejskim bloku wypełniała odświętna energia oraz zapach olejnej farby z odmalowanego przez ojca parapetu. Domownicy krzątali się wokół Kamila, przeżywając ostatnie przygotowania po stokroć mocniej niż on. Mama pieczołowicie szczotkowała garnitur usuwając jakieś dostrzegalne tylko dla niej pyłki, podczas gdy Kamil ostatkiem sił starał się spacyfikować ojca, próbującego nakłonić go do założenia swojego ulubionego krawata sprzed lat. Krążąca wokół babka, jak zwykle wyrzucała z siebie mnóstwo nikomu niepotrzebnych komentarzy i rad. Tylko Tomek – młodszy brat Kamila – przyjął w tym przedstawieniu rolę widza. A dokładniej – sarkastycznego dziadka z Muppet Show, którego kolejny odcinek właśnie kończył się w „Studio 2”. Kamil był tu przedmiotem – czuł się jak Benjamin Braddock z „Absolwenta” na swym urodzinowym przyjęciu.

Zostało już tylko dziesięć minut do wyjścia, kiedy zdołał w końcu wbić się w garnitur i uwolnić od szczotkującej go bezustannie mamy oraz usiłującego poprawiać mu krawat ojca. Ruszył w kierunku krzesła ślizgając się po dywanie w swych bazarowych lakierkach.

– Nie siadaj bo się opylisz ! – ostrzegawczy okrzyk matki sprawił, że jego pośladki zawisły tuż nad miękkim siedziskiem.

– Podłóżcie mu jakąś gazetę ! – Ojciec podszedł do okna i schylił się po egzemplarz Expressu Wieczornego, leżący jak zwykle na dolnej półce telewizyjnego stolika. Kamil z ulgą klapnął na krzesło. Zaczęło do niego docierać, że już za pół godziny uniesie rękę Marty prowadząc poloneza. Potem zestaw ćwiczonych po lekcjach tańców klasycznych. Kamil nieźle tańczył. Potrafił wczuć się w melodię i rytm. W tańcu nie musiał nic mówić, prowadzić słownych gier, w których nie czuł się pewnie. Po prostu był sobą, chłopakiem prowadzącym pewnie swą partnerkę, która była teraz tylko jego. A on całym sobą mógł wyrażać to co czuje.

– Kamil, już czas – głos matki wyrwał go z zamyślenia. Podniósł się z krzesła i mocno zdziwił obserwując grozę zastygłą na twarzy rodziców. Ciszę przerwał spazmatyczny atak śmiechu Tomka, który zwalił go na podłogę i zaczął wyciskać łzy z oczu.

– Co ty mu za gazetę podłożyłeś ?! – Matka była cała rozdygotana, a ojciec patrzył na Kamila niepewnie. Kamil obejrzał się. „Express Wieczorny” zamiast spoczywać na krześle, uniósł się wraz z jego siedzeniem, przyklejony do perfekcyjnie odprasowanych spodni.

– Bo kto to widział, żeby gazetę po malowaniu odkładać z powrotem na półkę ! – babka wbiła w zięcia oskarżycielskie spojrzenie. Kamil powinien w zasadzie wpaść w panikę, ale zamiast tego też parsknął śmiechem.

– Przestańcie się śmiać, natychmiast ! – matka najwyraźniej nie potrafiła docenić komizmu sytuacji. Kamil chyba nigdy nie widział jej tak zdenerwowanej.

– Ściągaj spodnie, trzeba znaleźć jakiś rozpuszczalnik!  

Poszukiwania rozpuszczalnika nie dały jednak rezultatu. Czas naglił. Jedynym specyfikiem, który zapewniał szybkie i skuteczne usunięcie białej plamy okazały się mocne babcine perfumy.

Kamilowi pozostało piętnaście minut. Biegł po kiepsko odśnieżonych chodnikach mocno ryzykując, bo jego studniówkowe buty ślizgały się niemiłosiernie. Starając się uniknąć upadku co jakiś czas wyrzucał ręce w górę i wykonywał ruchy przypominające taniec świętego Wita. Dotarł do szkoły w ostatniej chwili, spocony i zziajany. Wydawało mu się, że wszyscy przyglądają się jego bazarowym lakierkom i wyczuwają woń babcinych perfum. Kiedy podszedł do Marty cała jego pewność siebie gdzieś się ulotniła. W wieczorowej sukience i dyskretnym makijażu wyglądała niezwykle kobieco.

– Cześć, ładnie wyglądasz – kiedy otworzył usta, miał wrażenie, że znalazł się w stanie śmierci klinicznej. Niby to on mówił, ale całym sobą był obok, jakby obserwując tę scenę z zewnątrz. Całą uwagę skupił na jej reakcji.

– Ty też niczego sobie – uśmiechnęła się. Kamil poczuł jak opuszczają go resztki energii. Starał się postawić stopy tak, żeby ukryć szpice butów wystające spod nogawek, ale efekt był raczej mizerny. Był pewien, że ten uśmiech oznacza kpinę.

Na szczęście dano znak, że czas się ustawiać. Kamil ujął dłoń Marty i po chwili salę gimnastyczną, która tego wieczoru zamieniła się w średniowieczne zamczysko, wypełniły dźwięki poloneza Ogińskiego. Dziewczyny przemienione w księżniczki i chłopcy przeistoczeni w eleganckich mężczyzn ruszyli dostojnie, para za parą. Większość zachowywała grację ruchów, krocząc w rytm muzyki. Ale kilka par wyglądało, jakby właśnie udały się na niedzielny spacer, nie wiedzieć czemu trzymając się za wyciągnięte wprzód ręce. Wszystkie figury zostały wykonane bezbłędnie. Kiedy muzyka ucichła rozległy się oklaski. Nie był to jednak koniec programu obowiązkowego. Przyszedł teraz czas na walc angielski i tango. Na ten moment Kamil czekał szczególnie.

Ujął Martę wpół i ruszyli. Przemierzali lekko parkiet, a Kamil bezbłędnie nawigował pomiędzy innymi parami. Prowadził lekko i z wyczuciem. Co jakiś czas, by zaakcentować melodię niemal zatrzymywał się w miejscu, by po chwili wydłużyć krok i przyspieszyć obrót. Świat wirował wokół nich, a Kamil widział przed sobą tylko jej oczy. Marta była cała skupiona, by utrzymać rytm. Poddawała się władzy Kamila i uśmiech na jej twarzy świadczył, że czuje się z tym dobrze. A jego wypełniała euforia. Wykonał ostatni zwrot obejmując ją mocniej. Przeniósł ciężar ciała na jedną nogę i pochylił się utrzymując zdaną na jego chwyt Martę nad ziemią. Wtedy jednak lakierki pośliznęły się. Kamil stracił równowagę i runął na parkiet razem z uczepioną jego szyi partnerką.

Kocham Cię jak Irlandię

Budzik odezwał się punktualnie o 2:40. Dźwięk patetycznej melodii przeszył bębenki słuchowe Michała Kamińskiego i wdarł się w ciszę nadmorskiej plaży. Był pewien, że stała tam na piasku opromieniona słońcem, cała w tych swoich opadających na ramiona, zakrywających piersi rudych włosach. W różowym bikini z majteczkami zawiązanymi z boku w kokardki, w tych swoich uroczych piegach i z nieogolonymi nogami. Stała i uśmiechała się do niego eksponując wysunięte lekko do przodu trójki. A on – jak w jakimś filmie klasy B – miał za moment podejść, objąć ją i przytulić mocno. Ale zamiast jej rudych włosów miał teraz przed oczami zarysy wyłaniających się z mroku mebli, a zamiast szumu morskich fal dudnił mu w uszach nieznośny jazgot elektronicznej wersji „Cwału Walkirii”.

Michał po raz kolejny przeklął tanie linie lotnicze wyznaczające odloty o tak nieludzkiej porze. Kilka poprzedzających podróż dni było zawsze koszmarem. Pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia podsuwała mu wizje najbardziej wymyślnych kataklizmów mogących zepsuć urlop. Żeby się przed nimi zabezpieczyć zawsze sporządzał listę wymagających załatwienia spraw. Ta zwykle pęczniała tak, jakby kolejny wyjazd miał być ostatnim w życiu. Siedział z tą listą do późna w pracy starając się doprowadzić do końca wszystkie niedokończone projekty. Biegał z nią po sklepach, lekarzach i aptekach odhaczając pieczołowicie każdą zakupioną część garderoby, niezbędny gadżet i lek, aż w końcu zaczynała przypominać wypracowanie poprzekreślane ręką doprowadzonego do furii nauczyciela. Skreślenie ostatniego punktu przynosiło tylko chwilowy spokój. Zwiastowało bowiem nadejście ostatecznego wyzwania – trzeba było się w końcu spakować. Najtrudniejsze w tym było dokonywanie wyboru. Chodziło w gruncie rzeczy o to, by wszystkie możliwości były do końca otwarte. Tak jak w całym jego pięćdziesięcioletnim życiu. W walizce lądowały więc rzeczy bez których zapewne mógł się doskonale obejść, a pakowanie – mimo mocnego postanowienia poprawy – znowu trwało o wiele za długo. Wyczerpany, zdołał położyć się dopiero o północy.

Z lustra w łazience patrzył teraz na niego lekko zniszczony, ale mogący chyba uchodzić jeszcze za interesującego, facet w średnim wieku. Michał miał przynajmniej taką nadzieję odpowiadając na uśmiechy młodych adeptek sztuki prawniczej mijanych na korytarzach kancelarii. Był dumny z ciągle bujnych, młodzieńczo długich, przyprószonych nieco siwizną włosów. Wraz z kilkumilimetrowym siwym zarostem i okularami w modnej oprawie nadawały jego twarzy wygląd progresywnego intelektualisty. Całość w każdym razie miała wzbudzać w klientach wrażenie, że ich sprawy znajdują się w rękach nieprzeciętnego – do akceptowalnych rzecz jasna granic – i nad wyraz kompetentnego przedstawiciela prawniczej elity.

Wziął prysznic, ubrał się i zjadł szybkie śniadanie. Przedwyjazdowa adrenalina pomogła przezwyciężyć skutki niewyspania. Około 3:15 Michał uruchomił samochód i ruszył w kierunku Modlina ze świadomością, że nie przeoczył niczego. Jego analityczny umysł, tak pomocny w wykrywaniu pułapek czyhających w skomplikowanym świecie transakcji biznesowych, teraz nie był jednak jego sprzymierzeńcem. Samochodowa nawigacja informowała go wprawdzie, że będzie na miejscu dostatecznie wcześnie, ale uczucie niepokoju go nie opuszczało. Nie był z pewnością mistrzem pozytywnego myślenia. Wizja jakiejś niespodziewanej awarii samochodu, czy załadowanego po brzegi parkingu wzmagała wewnętrzne napięcie i wyzwalała co jakiś czas nieregularne bicie serca. Michał dociskał więc mocniej pedał gazu. Szybko przemknął przez puste miasto i wyjechał na dwupasmówkę. Z każdym przybliżającym go do lotniska kilometrem stopniowo się uspokajał. Parking długoterminowy okazał się być pełen wolnych miejsc.

*

– Jedź ze mną – powiedziała wtedy na plaży. Grzywka dwudziestopięcioletniego Michała była modnie nastroszona, uszy odsłonięte, a włosy z tyłu opadały na szyję. Zachwiał się lekko, kiedy rzuciła się na niego. Objął ją mocno i pocałował.

– Dzwoniłaś do mamy ?

– Tak. Dostałam tę wizę ! Chcę być tam z tobą Michał. Ciotka przyśle ci zaproszenie. Rozejrzymy się w tym Londynie, a potem pojedziemy do Irlandii ! – wyrzucała z siebie naładowana radosną energią.

To chyba zaczęło się od głosu Tomka Beksińskiego odprawiającego swoje misterium w „czwórce”. Najpierw była jego uduchowiona zapowiedź. Chwilę potem pokój Ani wypełnił nieziemski, majestatyczny damski głos, przenoszący ich w zupełnie inny wymiar. Dźwięki składały się w jakiś archaicznie brzmiący język, który współtworzył surowy i jednocześnie pociągający muzyczny klimat.

Imtheochaidh soir is siar 
A dtáinig ariamh an ghealach is an ghrian 
Fol lol the doh, fol the day 
Fol the doh, fol the day

Od tej chwili Clannad i Irlandia były religią. Michałowi udało się zdobyć na Skrze płytę „Magical Ring” i głos Moyi Brennan stał się nieodłącznym towarzyszem ich zimowych wieczorów. Pokój Ani w rodzinnym M3, był wtedy jak kapsuła czasu, w której zajęci sobą, orbitowali wśród setek podobnych pokoi ponurego blokowiska. Jasne, słuchali też Thin Lizzy podpalając jakieś zioło i kontemplując los Phila Lynotta. Był Van Morrison, U2. Ale tylko Clannad uchylał im bramy tajemniczego celtyckiego świata.

*

– Przepraszam, czy to kolejka do Belfastu ? – Korpulentna kobieta w obcisłych legginsach dotknęła ramienia zamyślonego Michała. Na jej różowych paznokciach mieniły się małe motylki. Obok stał jej brzuchaty mąż i sapał wsparty o uchwyt potężnej walizy. Michał skinął głową. Kłębiący się w hali odlotów tłum nieprzyjemnie go zaskoczył. Po szóstej, w krótkich odstępach czasu odlatywały aż trzy samoloty. Michał nie latał nigdy wcześniej z Modlina. Ba, nie latał nigdy wcześniej tanimi liniami. Obserwował teraz tych zmęczonych, wykuwających pracowicie swój los w obcym kraju ludzi, jak mieszkańców innej planety. Jego wzrok przykuła kobieta w mocno średnim wieku, o wyglądzie gorliwej słuchaczki Radia Maryja, do której tuliło się dwóch wnuków o czekoladowej skórze. Kobieta w legginsach z zasapanym mężem przyjechali z Giżycka. Dystans dziesięciu metrów wystarczył, by Michał posiadł ekspercką wiedzę o tym jak przetrwać mieszkając przy granicznym murze nieopodal protestanckiej Shankill Road. Po kolejnych pięciu metrach wiedział wszystko o naturze Irlandczyków.

– Oni niby tacy uprzejmi, ale w gruncie rzeczy fałszywi są. A pan gdzie mieszka ?

– W Warszawie – Michał lekko się speszył obnażając do reszty swą inność. – Jadę na urlop, właściwie to do Donegal w Republice Irlandii – powiedział niemal przepraszająco.

*

Donegal. Jedno z trzech hrabstw Ulsteru, które w 1922 roku oderwały się od Zjednoczonego Królestwa. Z Republiką łączy go na południu tylko wąski pasek lądu o szerokości zaledwie kilku mil. Od wschodu zaś, przez granicę z Irlandią Północną w drugiej połowie XX wieku przenikał potok gotowych na wszystko ludzi i ciągnących się za nimi porachunków. Kto wie ? Być może to właśnie separacja od irlandzkiej macierzy w warunkach doświadczanej tuż obok narodowej i religijnej opresji sprawiła, że w kilku parafiach Donegalu gaelicki przetrwał jako pierwszy język. Tam właśnie w Gweedore, we wsi Meenaleck lokalny muzyk Leo Brennan kupił w 1968 roku podupadły pub i zrobił z niego muzyczną knajpę. Sąsiedzi nie dawali temu interesowi nawet kilku miesięcy. Zwłaszcza, że po drugiej stronie ulicy prosperowała nieźle inna gospoda. Ale Leo przetrwał. W 1970 roku trójka jego dzieci razem z bliźniaczymi braćmi żony założyła zespół, który kilkanaście lat później w dalekiej Polsce usłyszeli w „czwórce” Ania i Michał.

W świecie bez internetu, do tego w Polsce lat 80-tych, zdobycie tych wszystkich informacji wymagało trochę zachodu. Ale dla nich nie było barier. Leżąc wtedy na plaży układali plan. Najpierw popracują trochę w knajpie u ciotki, odłożą trochę pieniędzy i nasycą się Londynem. Potem Dublin. Może uda się zaczepić w którymś z pubów. I wreszcie autostop do Donegal. Po drodze klify Moheru, Sligo. Na przywitanie z Donegalem klify Slieve League. Potem podążając na północ Wild Atlantic Way, której widokami zachwycili się w książce znalezionej w czytelni na Koszykowej, dotrą do Tawerny Leo w Meenaleck. Michałowi pozostało na początku października obronić pracę magisterską. Nic go właściwie w tym smutnym kraju nie trzymało. Nie chciał myśleć o przyszłości. Zresztą chyba nigdy dotąd nie musiał się zbytnio o nią troszczyć. Jego ojciec był znanym warszawskim adwokatem. Ania zaś, po studium policealnym zarabiała jakieś nędzne grosze jako specjalistka od kontaktów zagranicznych w jednym z PAN-owskich instytutów.

– Kocham cię wariacie – powiedziała, kiedy w końcu zdołali wyrównać oddech leżąc wtuleni w siebie w małym namiocie. Był już koniec sierpnia, ale noce późnego lata były ciągle nadspodziewanie ciepłe. Tak przynajmniej zapamiętał to Michał.

*

Międzynarodowe lotnisko w Belfaście trudno było nazwać imponującym. Odpowiadało chyba statusowi tej prowincji będącej nieco kłopotliwym reliktem brytyjskiej kolonialnej świetności. Michał odnalazł kantor firmy, w której zarezerwował samochód i dopełnił formalności. Nie chciał przepłacać, więc po mniej więcej dwudziestu minutach zajął miejsce za umieszczoną po prawej stronie kierownicą Seata Leon. Wyobrażając sobie podróż, tego momentu obawiał się najbardziej. Uważał się za dobrego kierowcę, ale nie do końca sobie ufał. Jego skłonność do komplikowania prostych spraw sprawiała, że w obliczu kompletnie nowych okoliczności dokonywał czasem dziwnych wyborów. Wcisnął przywieziony ze sobą uchwyt na smartfon w kratki otworu wentylacji. Włączył nawigację i uruchomił silnik. Lewą ręką wrzucił pierwszy bieg. Zwolnił sprzęgło, ale samochód nie ruszył. Powtórzył manewr. Teraz auto potoczyło się niezgrabnie może ze dwa metry, ale znów nie czuł nad nim kontroli. Poczuł się dokładnie jak wtedy, kiedy po raz pierwszy wyjeżdżał na warszawskie ulice, wyposażony w świeżo zdobyte prawo jazdy. Kątem oka sprawdził, czy facet wydający samochody przypadkiem go nie obserwuje. Jeśli tak, musiałby się poważnie zastanowić nad zasadnością wypuszczenia go z parkingu. Ochłonął trochę i zorientował się, że próbuje przecież startować z trójki. Udało mu się wrzucić wsteczny i skorygować pozycję auta. W końcu minął szlaban i wyjechał na lewy pas prowadzącej z lotniska szosy.

Przy pierwszym uformowanym w rondo skrzyżowaniu Michałowi mocniej zabiło serce. Zdał sobie sprawę, że nie przestudiował obowiązujących tu zasad pierwszeństwa przejazdu. Bezkolizyjne przejechanie kilku z nich dodało mu jednak pewności siebie. Odzyskał poczucie swobody, pozwalając sobie nawet momentami przyspieszyć w okolice 70 mil na godzinę. Jedynym drobiazgiem zakłócającym dobre samopoczucie był pojawiający się od czasu do czasu odgłos szorowania opon o pobocze. Wskazywał bowiem, że w jego podświadomości czai się strach, który każe mu trzymać się zbyt blisko lewej krawędzi jezdni. Czas szybko mijał. Nawigacja pokazywała, że za około pół godziny powinien dotrzeć do Derry. Stamtąd do granicy zostanie jakiś kwadrans. Potem najwyżej pół godziny i zamelduje się w Letterkenny.

*

– Dobrze się Michał zastanów ! – głos ojca nigdy dotąd nie brzmiał tak kategorycznie. – Są takie momenty w życiu, od których wszystko zależy. Los rzadko kiedy daje drugą szansę. – Sięgnął po złotą papierośnicę ozdobioną wygrawerowanymi literkami A.K. i wyjął dunhilla. Zaciągnął się i wrócił do swojej oracji, gestykulując momentami tak, jakby przemawiał na sali sądowej.

– Idą nowe czasy Michał. Ten system zaraz runie. Rząd już dogaduje się z opozycją i zaczyna liberalizować prawo gospodarcze. Trzeba będzie budować od nowa wszystko – instytucje, system podatkowy, rynek kapitałowy. Potrzebni będą ludzie którzy się na tym znają. Ten, kto pierwszy zapełni tę pustkę wygra los na loterii. Coś takiego zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. To tu – pokazał palcem szary warszawski krajobraz za oknem – jest teraz twoja przyszłość. Na pewno nie na zmywaku jakichś londyńskich knajp. Nawet kończąc tam studia nie będziesz miał takich możliwości, jakie zaraz otworzą się w tym kraju. Ona to przecież musi zrozumieć jeśli cię naprawdę kocha – rozłożył ręce by podkreślić znaczenie tych słów. – Nic wam przecież nie ucieknie. Odrzucenie propozycji stażu w kancelarii Wilanda jest najgorszą głupotą jaką możesz zrobić. Drugiej takiej nie dostaniesz. Nikt w Warszawie nie będzie cię już poważnie traktował. Nie zmarnuj sobie życia…synu.

Nie przyjęła tego dobrze. Wszystko poszło w tej rozmowie nie tak. Zawsze była pełna emocji, to właśnie w niej Michał tak kochał. Ale teraz, właśnie dlatego jego argumenty trafiały w próżnię. Wykrzykiwała przez łzy, że nie jest dla niego najważniejsza. Odpychała go, kiedy usiłował ją przytulić powtarzając, że nie ma racji, że ją kocha, że przecież robi to też dla ich przyszłości. Nie chciała go zrozumieć. Wyrósł między nimi jakiś niewidzialny mur.

Tego dnia bilet na samolot leżał na jego biurku. Michał w tajemnicy przed ojcem trzymał w szafie spakowany plecak. Nie chciał do końca zamykać żadnej furtki. Pragnął żeby ta chwila trwała w nieskończoność. Nie zerwali ze sobą, więc jego decyzja o niczym jeszcze nie przesądzała. Coś wewnątrz mówiło mu, że jego miejsce jest teraz przy niej. Cokolwiek miałoby się później wydarzyć. Wystarczyło chwycić słuchawkę, wykręcić jej numer. Potem zejść do salonu i powiedzieć ojcu. Ale nie zrobił tego. Ten moment w końcu minął. Ulżyło mu.

*

Z zamyślenia wyrwał go jakiś łomot. Dotarło do niego, że musiał w coś uderzyć. Słyszał wyraźnie jak jedno z przednich kół trze mocno o zawieszenie. Zjechał na chodnik i zatrzymał się już w niedozwolonej strefie przed skrzyżowaniem.

– Kurwa mać !!! – nie mógł uwierzyć w to co się stało – Kurwa mać !!! – Miasteczko nazywało się Dungiven. Wykrojony z kawałka szosy pas do parkowania zwęził w tym miejscu światło jezdni. Skoncentrował się na zachowaniu bezpiecznej odległości od mijającej go z prawej ciężarówki i jak ostatni frajer musiał odbić się od zaparkowanych po lewej samochodów. Wszystko przez to podświadome trzymanie się lewej strony. – Fuck !!! – Drżącymi dłońmi wydobył kwit z wypożyczalni. Musiał tam gdzieś być numer do assistance. Zaczął wbijać go w telefon ale bezskutecznie. Otworzył drzwi. Wgniecenia i zarysowania z boku nie były wcale duże. Lewe przednie koło dotykało jednak nienaturalnie powierzchni nakola. Nie ulegało wątpliwości, że auto nie nadawało się do dalszej jazdy. Westchnął i zrezygnowany ruszył w kierunku zaparkowanych w tyle samochodów. Jakieś dwadzieścia metrów dalej stała zbliżająca się do czterdziestki kobieta w papilotach. Jej ramiona okrywał ręcznik.

– Czy to… – zaczęła wskazując na pokiereszowane auto zaparkowane obok.

– Tak to ja… – przerwał jej Michał – Strasznie przepraszam, nie wiem jak mogło do tego dość. Moje auto jest z wypożyczalni, ale wszystkie papiery są w porządku. Jest ubezpieczone. Proszę bardzo… – Wyglądało na to, że jej auto jest unieruchomione mniej więcej w taki sposób jak jego. Uszkodzenia wyglądały podobnie. Powinna go teraz zmieszać z błotem. Był na to gotów.

– W końcu po to są ubezpieczenia, czyż nie ? – uśmiechnęła się. Zdecydowanie nie wyglądała na kogoś komu spadł na głowę nieoczekiwany kłopot. Bardziej niż stanem swojego samochodu wydawała się teraz zainteresowana stanem sprawcy.

– Are you OK ? Proszę, przejdźmy tutaj – wskazała na najbliższe drzwi. Michał spojrzał na nią z podziwem. Nie takiej reakcji się spodziewał.

Wszystko to było kompletnie surrealistyczne. Minęły może dwie godziny od wylądowania w Belfaście. Tyle wystarczyło, żeby spowodował kolizję i znalazł się w lokalnym damskim zakładzie fryzjerskim otoczony przypatrującymi mu się z zaciekawieniem kobietami w papilotach. Wyluzowana poszkodowana z mozołem przepisywała jego dane. Jakiś facet pytał po raz kolejny czy wszystko z nim w porządku i czy może nie chciałby napić się kawy. Ktoś pomógł mu połączyć się z assistance. Wokół rozbrzmiewał niepodrabialny irlandzki akcent i w innych okolicznościach Michał z pewnością bardziej doceniłby możliwość tak bliskiego smakowania klimatu północnoirlandzkiego miasteczka. W przebłysku zdrowego rozsądku wyszedł jeszcze na zewnętrz, żeby zrobić zdjęcia szkód. Teraz dopiero dostrzegł, że inny samochód zaparkowany po sąsiedzku ma przestawione lusterko. Kobieta wyszła za nim, żeby oddać kwit z wypożyczalni.

– Jeszcze raz najmocniej przepraszam. Kompletnie unieruchomiłem ci auto. Narobiłem kłopotu.

– To auto mojej koleżanki. Jest teraz w pracy. Moje stoi obok. – uśmiechnęła się.

*

Stracili się jakoś z oczu. Pisali do siebie przez jakiś czas, ale coś się między nimi popsuło. Ania znalazła stałą pracę, ściągnęła do siebie matkę. Listy przychodziły coraz rzadziej, aż w końcu przestały przychodzić w ogóle. Ojciec miał rację. Wkrótce przez kraj przetoczył się walec zmian. Kancelaria w której pracował Michał dobrze się do nich przygotowała. Byli rozchwytywani. Nawet wielkie zachodnie firmy prawnicze chciały koniecznie mieć ich na pokładzie. Michał piął się w hierarchii a jego bankowe konto puchło coraz bardziej.

Podczas swojej pierwszej służbowej podróży do Londynu odszukał pub ciotki Ani. Niestety, okazało się, że sprzedała go jakiejś sieci przed emeryturą. Nikt nie mógł podać mu jej adresu. Ostatni ślad mogący doprowadzić go do Ani się urwał.

Michał poznał inną kobietę. Ożenił się. Potem rozwiódł. Jak to w życiu.

W tym roku długo nie miał pomysłu na urlop. Aż do chwili, gdy przeglądając internetowe blogi, trafił na zdjęcia znajomo wyglądających klifów, a przed oczami stanęła mu rudowłosa dziewczyna z plaży.

*

Laweta zaparkowała przed baraczkiem firmy Avis na lotnisku w Derry. Wyszedł z niego nieco przysadzisty, łysy facet w okularach, ubrany w białą koszulę i urzędniczy krawat. Z marsowym wyrazem twarzy obejrzał zdejmowane z lawety auto i skinął ręka na Michała. Weszli do środka. Facet dokładnie przyjrzał się przekazanym przez Michała dokumentom, potem wstał i sięgnął po segregator umieszczony na najwyższej półce, by wyjąć z niego powypadkowy, ubezpieczeniowy formularz. Michał wpisał tam swoje dane. Zdał sobie sprawę, że jedyną informacją o właścicielach uszkodzonych przez niego samochodów są tablice rejestracyjne na zrobionych szczęśliwie zdjęciach.

– Mister Michael, musi pan wpisać teraz te uszkodzenia. Proszę się nie martwić, podyktuję panu. – Michał wytężył słuch.

– Wngg mrrrr..

– Excuse me ?

– Wngg mrrrr – powtórzył facet.

– Czy mógłby pan jeszcze raz powtórzyć ?

Facet skinął głową i nabrał powietrza w płuca.

– WNGG MRRRR !

Zrezygnowany Michał podsunął mu długopis i kartkę. Potem odczytał starannie wykaligrafowane dwa słowa wing mirror. No jasne – boczne lusterko. Rytuał ten powtórzył się co najmniej kilkanaście razy umożliwiając Michałowi dogłębne poznanie słownictwa motoryzacyjnego oraz meandrów irlandzkiego akcentu.

Kiedy wszystko było gotowe, łysol spiął dokumenty, włożył formularz w odpowiedni segregator i zrobił zafrasowaną minę.

– Look Mr. Michael, to nie jest nic osobistego. Naprawdę przykro mi to panu zakomunikować ale… firma Avis jest zmuszona zakończyć z panem współpracę. Oczywiście zwrócimy panu pieniądze za kolejne dni okresu wypożyczenia.

– Ale jak to ? Przecież ja nie mogę zostać bez samochodu. Nie możecie mi tego zrobić!

– Niestety, takie mamy przepisy. Gdyby w grę nie wchodziło uszkodzenie innych pojazdów, ale tak… – rozłożył bezradnie ręce.

– To co ja mam zrobić ?

– Widzi pan, tu obok są chłopcy z Hertza. Oni nie sa tacy mili jak ja, ale o… ten tu jest z nich najmilszy. Niech pan z nim pogada. Powiem, że to pan został stuknięty.

Miły chłopiec z Hertza, który musiał już przekroczyć pięćdziesiątkę, po wklepaniu wszystkich możliwości w komputer i kilkukrotnym podrapaniu się w głowę, zaoferował Michałowi podobnej klasy samochód za dwa razy wyższą cenę. Niestety, pozycja negocjacyjna Michała była bardzo słaba. Ostatecznie szczęście się jednak trochę do niego uśmiechnęło. Wyjeżdżał już wściekle czerwonym Peugeotem, gdy łysol z Avisu zabiegł mu drogę machając energicznie rękami. Jedna z opon okazała się flakiem. Kiedy w końcu opuszczał lotnisko w Derry szarym Volkswagenem Golfem pokrzepiała go mimo wszystko świadomość, że jest prawdopodobnie jednym z nielicznych ludzi, którzy w ciągu kilku godzin pobytu w Irlandii Północnej skasowali trzy i zdołali wypożyczyć dwa i pół samochodu w dwóch różnych firmach.

*

Ściemniało się już, kiedy przekroczył granicę Republiki. W ostatniej chwili uświadomił sobie, że ograniczenie prędkości do 60 dotyczy tu kilometrów, a nie mil. Zdjął nogę z gazu na tyle wcześnie, by stojący niedaleko patrol An Garda Síochána się nim nie zainteresował. Doświadczenia dzisiejszego dnia sprawiły, że za kierownicą zupełnie stracił pewność siebie. Prowadził spięty, zwalniając wyraźnie przy każdym mijanym z przeciwka samochodzie. Do tego drogi tutaj nie należały do najszerszych a lewa krawędź jezdni była dla niego jak nabity kolcami mur. Włączył radio. Było nastawione na jakąś stację nadającą hity z przeszłości.

Był już całkiem niedaleko Letterkenny, kiedy wypadł mu wciśnięty w klimatyzacyjny otwór uchwyt ze smartfonem, odcinając go od nawigacji. Zdołał się zatrzymać przy jakimś zjeździe na prywatną posesję i włączył światła awaryjne. Okolica była całkiem pusta. Telefon wpadł gdzieś w wąską przestrzeń. Żeby go wydostać wysiadł z samochodu i pochylił się nad siedzeniem. Zaabsorbowany nie zauważył, że tuż obok zatrzymał się jadący z przeciwka samochód. Szyba od strony pasażera uchyliła się.

– Wszystko w porządku ?

– Tak wszystko ok. Dziękuję bardzo.

– Na pewno nie potrzebuje Pan pomocy ? – Michał zamarł. Wydawało mu się, że dobrze zna ten głos, choć miał teraz nieco inną barwę i brzmiał w innym języku. Wyprostował się i zrobił krok w jego kierunku.

Zza szyby patrzyła na niego kobieta o rudych włosach, poprzetykanych z lekka siwizną. Ona też zmarszczyła brwi przyglądając mu się uważnie. Wyglądało jakby oboje chcieli coś powiedzieć, ale Michał zdołał tylko wyciągnąć rękę w jakimś bezsensownym geście.

– Kochanie spóźnimy się, nic mu nie jest. Szerokiej drogi ! – skinął siedzący obok niej kierowca. Samochód ruszył odprowadzany spojrzeniem znieruchomiałego Michała.

Z włączonego radia dobiegły go dźwięki majestatycznego utworu.

Imtheochaidh soir is siar

A dtainig ariamh An ghealach is an ghrian

Fol lol the doh fol the day

Fol the doh fol the da