Pokochałem kobietę, która porosła książkami. Brzmi debilnie, prawda ? Jak w tych pieprzonych romansidłach, które uwielbiała moja matka. Ale nic na to nie poradzę. Ja, Charlie Watts zwany przez kumpli Gorylem, kocham ją i sam nie mogę uwierzyć w to co mówię.
Wszystko zaczęło się od meczu z Nottingham Forest. Pokazaliśmy tym kutasom gdzie ich miejsce. Dwie bramki McDermotta i The Kop oszalała ze szczęścia. Dalglish był wszędzie, a Jimmy Case biegał po skrzydle jakby miał motor w tyłku. Potem całe Anfield wzniosło czerwono-białe szaliki i pięćdziesiąt tysięcy gardeł triumfalnie odśpiewało nasz hymn.
Idź przed siebie, dalej krocz, z nadzieją w sercu.
A nigdy nie będziesz szedł sam
Nigdy nie będziesz szedł sam
Wracaliśmy ze stadionu drąc mordy. Na rogu Norton Street i London Road wpadliśmy na te cioty z Forest Executive Crew. Zupełnie się nas nie spodziewali tak daleko od stadionu. Mieli już całkiem blisko do stacji Lime Street i bezpiecznego azylu w pociągu do Nottingham. Było nas więcej, więc spoglądali na nas niepewnie, z głupio rozdziawionymi gębami.
– Zajebać frajerów ! – ryknął Gruby i po chwili siedzieliśmy tamtym na karkach. Próbowali uciekać, ale na swoje nieszczęście skręcili w ślepy zaułek. Chwilę potem wszystko się kotłowało. W ruch poszły pięści, glany, kosze na śmieci – wszystko co było pod ręką. Paru gości zalało się krwią. Takie są reguły gry, wlazłeś na naszą liverpoolską ziemię – masz wpierdol.
Tych z Nottingham fart jednak całkiem nie opuścił. Dźwięk policyjnych syren wyrwał nas z bitewnego amoku. Teraz wszyscy byliśmy w pułapce. Żeby się z niej wyrwać trzeba było przebić się przez ławę stróżów prawa biegnących ku nam w tych swoich śmiesznych hełmach.
– Jebać psy ! – wrzasnął ktoś od tych z Forest i nasze połączone siły wbiły się w policyjny kordon. Gruby i ja spędzamy sporo czasu na siłowni, więc gliny naprzeciw nie miały szans, by wytrzymać impet uderzenia. Nim zdołali ponownie stanąć na nogi mieliśmy już kilka jardów przewagi. Wydostaliśmy się co prawda na London Road, ale policjanci nie dawali za wygraną. W dali błyskały światła nadjeżdżających radiowozów. Rozdzieliliśmy się. Gruby skręcił w lewo w Craven Street, a ja wbiegłem w jakąś bramę. Na drzwiach był napis „Biblioteka Publiczna”. Niewiele myśląc wszedłem do środka.
Za bibliotecznym kontuarem stała Ona. Zupełnie inna niż Sandra i mała Jess, z którymi popijamy z Grubym w pubie u Grega. Taka jakaś subtelna i niewinna, przyglądała mi się z zainteresowaniem. Najpiękniejsza dziewczyna jaką w życiu widziałem. Za oknem słychać było odgłosy policyjnych radiowozów, a mój wygląd mówił wszystko. Stałem tak oniemiały, kiedy podeszła, wyjęła papierową chusteczkę i starła mi ślady krwi z policzka.
– Zdejmij to i siadaj tam – pokazała na krzesło w pustej czytelni.
Oddałem jej posłusznie poddartą, czerwoną koszulkę Liverpoolu, którą na mecze nawet zimą zakładam na wierzch. Skórzaną kurtkę powiesiłem na wieszaku. Wróciła do mojego stolika z jakąś książką.
– To klasyka, na pewno czytałeś – powiedziała uśmiechając się. Spojrzałem na okładkę; Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”. Ledwo zdążyłem wsadzić nos w książkę, do środka weszło dwóch policjantów, omiatając wnętrze biblioteki badawczym spojrzeniem.
– Niestety nie znalazłam wybranych dzieł Seneki, w przyszłym tygodniu powinny już być zwrócone – powiedziała do mnie oficjalnym tonem. Zrobiłem najmądrzejszą minę na jaką było mnie stać i pokiwałem głową.
– Panowie chcieliby coś wypożyczyć ? – zagadnęła nieco zbitych z tropu policjantów. Ci, jakby przez moment się wahali. Nie da się ukryć, nie wyglądam na książkowego mola.
– Dziękujemy, może kiedy indziej – cholera czułem, że nie spuszczają ze mnie wzroku. Pewnie trwało to tylko kilka sekund, ale dla mnie dłużyły się jak wieczność.
– Miłego dnia – usłyszałem w końcu. Kiedy wyszli mijając w drzwiach starszą parę, odetchnąłem głęboko.
Przesiedziałem tam może pół godziny, dopóki za oknem nie ucichły policyjne syreny. Spędzałem dotąd czas w pubach, nie w bibliotekach. Jeśli brałem do ręki jakieś książki, to poradniki dla kulturystów, a nie opowieści o jakichś trzech pedałach pływających łódką – w dodatku z psem. I kim do kurwy nędzy jest ten Seneka ? Nie mogłem oderwać wzroku od mojej wybawicielki, zajętej wypisywaniem czegoś na małych karteczkach. W świetle lampy wyglądała tak pięknie. Chciałem podejść, zagadać, ale kiedy znowu uśmiechnęła się rzucając na mnie to swoje aksamitne spojrzenie, zabrakło mi odwagi. Bo co właściwie miałbym jej zaproponować ? Guinessa w spelunie u Grega, czy może koncert mojej ulubionej punkowej załogi Sham 69 ? Różnimy się – zaakceptuj to Charlie.
– Dziękuję – tylko to zdołałem wykrztusić, kiedy podszedłem do jej biurka. Odebrała książkę i wręczyła mi reklamówkę z moją pokrwawioną, klubową koszulką.
– Mam na imię Charlie, a ty ? – zdobyłem się na odwagę.
– Julia. Wpadniesz tu jeszcze kiedyś ? – znowu uśmiechała się tak, że traciłem resztki pewności siebie.
– O tak, na pewno. To bardzo interesująca książka – bardziej idiotyczny tekst nie mógł mi w tym momencie wpaść do głowy. Weź się w garść Charlie. Nie pozwolisz chyba, żeby to się tak beznadziejnie skończyło. Zebrałem się w końcu jakoś do kupy.
– A ten Seneka… może masz coś jego do poduszki ? – z trudem powstrzymała się od śmiechu.
– Jasne, poczekaj sekundę, a w międzyczasie wypełnij formularz – po chwili wróciła z jakąś książką. „Aforyzmy. Seneka młodszy”. Przekartkowałem kilka stron. Jakiś słownik, czy co do cholery ?
– Miłej lektury Charlie. – podała mi kartę biblioteczną.
– Och, nie zajmie mi dużo czasu, jestem pożeraczem książek – wyszczerzyłem do niej zęby, pożegnałem się i wyszedłem.
No cóż – jak to ujął wujek Graham przyłapany przeze mnie kiedyś na kweście Armii Zbawienia: „zdobycie kobiety synu wymaga czasem poświęceń”. Wujek był największym twardzielem w Toxteth, ale stracił serce dla największej dewotki w okolicy. Wytrzymał z nią jakieś dwa miesiące. Zastanawiając się jaki morał płynie z historii wujka Grahama skręciłem w London Road i … odbiłem się od kogoś. Trzeba mieć moje pieprzone szczęście, żeby odbić się akurat od policjanta. Dokładniej – policjanta z biblioteki.
– I co koleś. Myślisz, że jesteś taki cwaniak ? Mnie nie tak łatwo oszukać. Wystarczy spojrzeć na tę twoją tępą gębę. – cedził teraz trzymając mnie za ramię.
Nie wiem jak to się stało. Naprawdę nie wiem dlaczego wtedy przed wyjściem z czytelni mój wzrok padł akurat na to zdanie. Było przecież tylko ciągiem niezrozumiałych słów. Nie mam pojęcia dlaczego wryło mi się w mózg i dlaczego akurat teraz potrząsałem gliniarzowi przed nosem Seneką, a ono tak po prostu wyszło z moich ust.
– SI VIS AMARI, AMA[i] !
Zaskoczony policjant wybałuszył głupio oczy.
– Dave zostaw chłopaka. To pewnie jeden z tych walniętych studentów. Pełno się ich tu kręci o tej porze – powiedział drugi glina. Jedno jest pewne. W tamtej chwili na własnej skórze przekonałem się jak ważne w życiu jest czytanie książek.
Od ojca dowiedziałem się, że Grubemu nic się nie stało. Odkąd wywalili go z roboty w dokach rzadko trzeźwiał, zwłaszcza kiedy grał Liverpool. Widocznie z kasą musiało być już bardzo krucho, bo tym razem siedział przed telewizorem i oglądał w milczeniu powtórki meczów. Nie miałem już ochoty do Grubego oddzwaniać. Wypiłem piwo i zapadłem się w łóżko. Długo nie mogłem zasnąć myśląc o dziewczynie z biblioteki. Znów byłem na London Road. Drzwi do czytelni otworzyły się bezszelestnie. Podszedłem do Julii mijając regały pełne książek. A ona wyciągnęła ręce uśmiechając się w ten swój zagadkowy sposób. Jej ręce zaczęły nagle się wydłużać, oplatając mnie jak pnącza jakiejś egzotycznej rośliny. Wkrótce pojawiły się na nich pąki nieznanych mi kwiatów. Z ich wnętrza zaczęły wydostawać się książki. Zewsząd otaczał mnie szelest ich stron. Zanim jedna z nich zaczęła wrastać mi w otwarte ze zdumienia usta, zdołałem dostrzec nazwisko autora. Lucius Annaeus Seneca.
Obudziłem się oddychając ciężko. Z plakatu patrzył na mnie uśmiechnięty król Kenny Dalglish wyciągający rękę w triumfalnym geście. Byłem znowu w swoim świecie. I tak musiało zostać.
*
Przez kilka kolejnych dni starałem się o Julii zapomnieć, ale średnio mi się to udawało. Po pracy w porcie jak zwykle spotykałem się z Grubym w pubie. Teraz też siedzieliśmy tam w oparach dymu popijając bittera, grając w rzutki i podśpiewując refren „If the Kids are United” Sham. Gruby zapisał się do związków i męczył mnie opowieściami o strajkach kierowców ciężarówek.
– Ten kraj schodzi na psy – odpowiedziałem – ojciec mówił, że niedługo zaczną strajkować nawet liverpoolscy grabarze. Gruby zaśmiał się, pociągnął piwo i klepnął mnie radośnie w plecy.
– Grunt, że w niedzielę jedziemy do Manchesteru. Nie mogę się już doczekać jak skopiemy tyłki tym z United. – O tym jak ważne było skopanie tyłków Manchesterowi United wiedziało każde dziecko z Merseyside. Zwłaszcza po zeszłorocznym finale Pucharu Anglii, przegranym przez nas 1-2 na Wembley.
Stałym punktem naszych wieczorów było spotkanie z dziewczynami. Ale bujne kształty Sandry już mnie tak nie kręciły jak kiedyś. Patrzyłem na nią, a widziałem dziewczynę z biblioteki o delikatnym uśmiechu. Więc kiedy Gruby odstawił szklankę i zaczął ciągnąć mnie do wyjścia, odmówiłem.
– Odjebało ci ? – to brzmiało bardziej jak stwierdzenie faktu, niż pytanie.
– A może wybierasz się do tej bibliotekarki wypożyczyć „Poradnik seksu grupowego” albo „Atlas ćwiczeń kulturystycznych”? Człowieku, ty do tej cipy kompletnie nie pasujesz. – Gruby zapalał się coraz bardziej.
– Jeśli myślisz, że ona zrobi ci laskę tylko dlatego, że…
Nie dokończył, bo moja pięść wylądowała na jego szczęce. Wygięło go w tył i przeleciał przez stół demolując stojące za nim krzesła.
– Kompletnie ci odbiło debilu – wycharczał plując krwią.
Gruby nie chował długo urazy. Znaliśmy się od małego i niejeden raz targaliśmy po szczękach. Taka męska przyjaźń. Poza tym zbliżał się wielki dzień derbów północno-zachodniej Anglii. Trzeba było zewrzeć szyki na spotkanie z Czerwoną Armią United.
*
Trzydzieści trzy mile do Manchesteru pokonaliśmy rozśpiewanym autokarem w niecałą godzinę. Pół godziny przed meczem, przy akompaniamencie przeraźliwych gwizdów, wkroczyliśmy na wyznaczony dla nas sektor za jedną z bramek. Kiedy sędzia wyprowadził drużyny na boisko, Old Trafford wybuchł emocjami. Ale nasi szybko zgasili entuzjazm miejscowych. Case, Souness i McDermott przechwytywali w środku wszystkie piłki. Już w piątej minucie Case swoim stylu przedarł się skrzydłem i dośrodkował. Alan Kennedy uderzył piłkę głową i było 0-1. Dwadzieścia minut później znowu skakaliśmy z Grubym jak oszalali, bo Case dobił z bliska strzał Dalglisha. United wyglądali jak zamroczony bokser, a Ray Clemence w naszej bramce mógł się spokojnie zdrzemnąć. Jednak zaraz po przerwie Manchester zaatakował groźnie, a fani miejscowych odzyskali nadzieję i wigor. Na szczęście stary Emlyn Hughes skutecznie rozbijał ich ataki, a kiedy po strzale Lou Macariego piłka minęła już Clemence’a i miejscowi kibice zrywali się z miejsc, Phil Thompson zagrodził jej drogę do bramki.
Piłkarze United ciągle napierali, a trybuny wspierały ich głośnym dopingiem. I wtedy ten rudy gówniarz Fairclough zrobił coś niesamowitego. Dostał piłkę w środku boiska, na pełnej szybkości minął czterech przeciwników i spokojnie puścił piłkę pod brzuchem padającego na ziemię bramkarza United. Cały nasz sektor oszalał. Rozejrzałem się wokół, żeby zapamiętać dobrze ten moment i zamarłem. Nie mogłem w to uwierzyć. Kilkanaście jardów ode mnie, stała Julia ubrana w koszulkę Liverpoolu i uśmiechała się do mnie tym swoim zniewalającym uśmiechem. Z naszego sektora coraz donośniej rozlegała się triumfalna pieśń.
Bo nigdy nie będziesz szedł sam
Nigdy nie będziesz szedł sam
*
I co ? Myślicie, że rozbrzmiały wtedy anielskie chóry, rozdzwoniły się dzwoneczki, ptaszki zleciały się, żeby szczebiotać o spełnionej miłości i wszyscy żyli długo i szczęśliwie ? No to wam kurwa powiem, że nic z tych rzeczy. Ale po kolei.
Kiedy nasi chłopcy podeszli pod trybunę żeby podziękować za doping co chwila zerkałem w jej kierunku. Raz czy dwa nasze spojrzenia skrzyżowały się i chciałem wierzyć, że śmieje się nie tylko dlatego, że Liverpool właśnie zmiażdżył United. Nie była sama. Po jej lewej stał starszy mężczyzna o wyglądzie łowcy rekinów z filmu „Szczęki”. Po prawej zaś jakiś chłopak, który musiał zainwestować sporo wysiłku i żelu, by upodobnić się z fryzury do Tony’ego Manero z „Gorączki sobotniej nocy”. Wiedziałem już, że nie mogę tak tego zostawić. Kiedy wiwaty przycichły dałem Grubemu znak i ruszyłem w ich kierunku. Julia chyba na to czekała. Wskazała na mnie.
– Tatusiu, to jest Charlie, Charlie jest miłośnikiem literatury antycznej, uwielbia Senekę – w jej oczach dostrzegłem diabelskie ogniki. Cóż, pozostało mi tylko grzecznie się ukłonić i wyciągnąć rękę. Sądząc z uścisku, był podobny do Quinta nie tylko z twarzy.
– Charlie to jest Mark – Tony Manero skrzywił się w powitalnym uśmiechu. Ale może dlatego, że teraz to ja zrobiłem ze swojej dłoni imadło.
– Doprawdy ? Chyba jest pan wyjątkiem. Myślałem, ze dzisiejsza młodzież preferuje raczej coś w stylu „Wszystko co zawsze chcieliście wiedzieć o seksie (ale baliście się zapytać)”, – mrugnął porozumiewawczo. Zaczynał mi się ten gość podobać.
– Nie wiem, u nas dorwał się do tego ojciec, nie zdążyłem nawet zajrzeć.
Roześmiał się i klepnął mnie przyjaźnie w ramię. Podszedł Gruby, więc go przedstawiłem.
– Mamy wolne miejsca w samochodzie, może wrócicie z nami ? – zaproponowała Julia. Gdyby wzrok Marka mógł teraz zabijać, nie doczołgałbym się nawet do wyjścia.
– Chętnie. Chyba nie mamy już szans, żeby zdążyć na najbliższy pociąg.
Gruby uniósł brwi i spojrzał na mnie jakbym wyłączył mu telewizor w środku kolejnego odcinka „Aniołków Charliego”. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę. W końcu przyjaźń wygrała jednak z rozśpiewanym autokarem, wypełnionym whisky i kumplami chętnymi by nalać kolejną kolejkę. Dziesięć minut później siedzieliśmy już w samochodzie krążąc po ulicach Manchesteru. Mark prowadził. Kilka aut pozdrowiło nas dźwiękiem klaksonów. Wystający z ich okien młodzieńcy wrzeszczeli coś do nas potrząsając triumfalnie czerwono- białymi szalikami Liverpool FC. Ojciec Julii okazał się nauczycielem historii w jednej z prywatnych szkół. Mark był ich sąsiadem. W przednim lusterku widziałem jego nadętą twarz okoloną nienaganną fryzurą. On też od czasu do czasu mi się przyglądał.
– Czyli studiujesz literaturę Charlie ? Ja ekonomię na Liverpool University.
– Właściwie to … hmm budowę okrętów – Gruby nagle ostro zakasłał, jakby jakaś ość utknęła mu w gardle.
– No proszę, przyszły inżynier z duszą humanisty. – włączył się z przedniego siedzenia ojciec Julii – A za co tak kochasz Senekę Charlie ? – Grubemu kaszel przeszedł teraz w jakiś nieokreślony charkot. Przełknąłem ślinę.
– To był cholernie mądry facet. Aż niewiarygodne, że żył tysiąc lat temu. Vivere militare est[ii] – nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Albo to: Ignoranti quem portum petat, nullus suus ventus est…. Gruby wytrzeszczył na mnie oczy jakbym zamienił się co najmniej w Farrah Fawcett-Majors[iii].
– Temu kto nie wie do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr. – powtórzył sentencjonalnie ojciec Julii. – Cnota, natura, obowiązek. No i rozum. Przydałoby się więcej stoików w dzisiejszym pokręconym świecie. Widzicie ? – wskazał na hałdy śmieci wylewające się z pojemników między blokami. – To strajkowe szaleństwo musi się w końcu skończyć. Kiedy Maggie Thatcher zostanie premierem zrobi porządek ze związkami.
Gruby uniósł głowę i otwierał już usta żeby zaprotestować, ale szybko i dyskretnie walnąłem go w żołądek.
– Ummm…- zwinął się na moment.
– Cieszę się, że się ze mną zgadzasz Connor – Gruby ma na imię Connor – widzę, że nie wszyscy młodzi dali się omotać tym komunistom.
Mark zatrzymał auto na stacji benzynowej przy wylocie z miasta. Ojciec Julii i Gruby zniknęli za drzwiami toalety, a ja zostałem w końcu z nią sam na sam. Przy kasie stał telewizor, w którym prężył się Rod Stewart zachęcając jakąś blondynkę, by nie traciła niepotrzebnie czasu i po prostu dała mu znak, jeśli chce jego ciała i uważa że (on) jest sexy. Kurcze, naprawdę życie byłoby znacznie prostsze…
– Widzę Charlie, że Seneka najwyraźniej cię nie uśpił. Znasz już chyba wszystkie jego mądrości.
– Mówiłem przecież – jestem pożeraczem książek, zwłaszcza jeśli poleca je zakonspirowana fanka Liverpoolu. W dodatku tak niepodobna do innych bibliotekarek – zaśmiała się.
– Hmmm i wszystkie tak komplementujesz ?
Jeśli tylko chcesz mnie, po prostu wyciągnij rękę i mnie dotknij, śmiało kochanie – kusił półszeptem Rod Stewart.
Pokręciłem z uśmiechem głową.
– Szczerze mówiąc nie znam ich tak wiele.
– A co do Liverpoolu – ojciec im kibicuje od dziecka, nie miałam chyba wyjścia.
– A Mark ? To znaczy… długo go znasz ? – wzruszyła ramionami.
– Mark jest kumplem. Kumplem, który bardzo chce zabrać mnie na wakacje do Hiszpanii.
W głowie szeleścił mi ciągle głos Roda Stewarta, chociaż z odbiornika leciało już rytmiczne reagge zespołu 10CC opowiadające historię dredowych wakacji. Zebrałem się na odwagę.
– Nudny palant z tego Marka. Ja zabrałbym cię na Jamajkę… – zastanawiałem się chwilę czy też nie przejść w półszept, ale z toalety wyłonił się Gruby.
– Kurwa Charlie, co to było ? Duch święty cię nawiedził i zacząłeś mówić w obcych językach? I o co chodzi z tymi pieprzonymi słoikami ? Coś ty z nim zrobiła dziewczyno ?! – Zaczęliśmy się śmiać.
Ojciec Julii uregulował rachunek i wyszliśmy na zewnątrz. Ciągle jeszcze było jasno. Samochód Marka stał parę metrów dalej na parkingu a jego pobladłego właściciela otaczało kilku gości w barwach Manchesteru United. Chciałem kulturalnie przemówić im do rozumu i poprosić, żeby zostawili nas w spokoju, ale kiedy zobaczyłem z bliska ich mordy moja oracja sprowadziła się jakoś spontanicznie do jednego słowa:
– Wypierdalać !
Największy z nich zamachnął się na mnie, ale zanurkowałem mu pod łokciem i prawym sierpem z całej siły walnąłem go w brzuch. Gościa który nadbiegał tuż za nim osadziłem w miejscu kopem w splot słoneczny. Trzeci z nich wskoczył na mnie z tyłu próbując zacisnąć mi ramię na szyi. Złapałem za nie i pochyliłem się szybko. Facet zatoczył łuk w powietrzu i trzepnął plecami o asfalt. Wyprostowałem się podnosząc gardę, ale było po wszystkim. Gruby właśnie żegnał kopem w tyłek jednego z atakujących go gnojków. Po chwili nie było po nich śladu.
Najrozsądniej było szybko opuścić to miejsce. Bez zbędnych słów załadowaliśmy się do auta i chwilę później byliśmy już na wylotówce.
– Gdzie się tak nauczyłeś walczyć synu ? – dało się wyczuć w głosie ojca Julii podziw.
– Ach, ćwiczymy czasem sporty walki…na uczelni – odparłem poprawiając spodnie.
Nie wiem ile mogła trwać dalsza podróż. Ojciec Julii opowiadał Grubemu o tym jak Bill Shankly wprowadzał Liverpool do pierwszej ligi. Mark w milczeniu prowadził. A ja byłem gdzieś na innej planecie. Obok siedziała Julia i nasze dłonie jakby przypadkiem się zetknęły. Przesunąłem nieśmiało palcami po jej dłoni. Nie cofnęła jej. Poczułem jak przesuwa też delikatnie swoje palce po mojej. Po chwili trzymaliśmy się za ręce. Nikt z naszych towarzyszy podróży nie mógł tego dostrzec.
Poprosiliśmy z Grubym, żeby wysadzili nas niedaleko pubu Grega. Trzeba było przecież uczcić dzisiejszy triumf. Najpierw Liverpool, potem Julia – nie pamiętam drugiego tak zwariowanego i szczęśliwego dla mnie dnia. Przed wyjściem spojrzeliśmy sobie z uśmiechem w oczy. Ścisnąłem mocniej jej rękę. Słowa były tu zupełnie niepotrzebne. Stałem już przy samochodzie i otwierałem usta żeby się pożegnać, kiedy poczułem, że czyjeś dłonie zasłaniają mi oczy. W powietrzu rozniósł się znajomy zapach tanich perfum.
– A kuku. Jak mogłeś mnie tak zaniedbywać misiu. Musisz obiecać, ze jutro po robocie zabierzesz mnie do kina na ten film z Travoltą i tą… jak jej tam – Sandra zmarszczyła brwi, co świadczyło o intensywnym procesie myślenia – no… Olivierą Jones[iv]! Mogę czekać przed dokami. Pójdziemy misiu, co nie ?
Ostatnie co zapamiętałem to wbite we mnie oczy Marka i wypowiedziane z pogardliwym uśmiechem słowa:
– Żegnaj…misiu.
*
– Mam ci przypierdolić ? – Propozycja Grubego wydała mi się nawet kusząca. Minęły dwa tygodnie. Czułem się ciągle jak ostatni idiota. Wspomnienie dotyku Julii było tak świeże. Podobnie jak obraz szydzącego ze mnie Marka. To uczucie, które wypełniło mnie, kiedy odjeżdżali samochodem cały czas ściskało mi gardło. Przede mną stała kolejna tego wieczoru pinta piwa. Z szafy grającej leciał Blondie. Głos Debbie Harry wypełniał przestrzeń. Wolną od szklanki ręką objąłem kumpla za szyję.
– Śśpiewaj ze mmną Gruby…Denis, Denis – chyba jednak nie wpasowałem się w linię melodyczną, bo Gruby zdjął moją rękę i spojrzał na mnie z politowaniem.
– Jak długo jeszcze zamierzasz robić z siebie głupiego palanta? Co się z ciebie chłopie zrobiło?
– Nie ppierrol tylko śśpiewaj…
Gruby złapał mnie za ramiona i potrząsnął mocno.
– Charlie, jeśli masz jeszcze jaja i zostały ci jakieś resztki mózgu, to przestań chlać i idź do niej. Przecież widziałem jak na ciebie patrzyła.
– Ssspierralaj.
– OK. Wal się głąbie – puścił mnie i wyszedł.
Because the night belongs to lovers, because the night belongs to lust – głos Patti Smith roznosił się teraz po sali. Energia tej piosenki coś we mnie uruchomiła. Zwłaszcza, że laska przy barze przyglądała mi się znad szklanki. Dopiłem piwo i wstałem z krzesła.
– Zatańczyszsz mała ?
– Nie mam ochoty.
– Daj sspokój, jestem Fredem Astaire pieprzonej Hardman Street, no chodź. – pociągnąłem ją za rękę.
– Zostaw ją dupku – wyrósł przede mną jakiś drągal.
– Ppierrol sie – odepchnąłem go.
Pamiętam tylko, że coś łomotnęło mnie zdrowo w szczękę. Musiałem chyba wbić się w bar i osunąć na ziemię bo opuchnięty tył czaszki bolał mnie zdrowo jeszcze przez tydzień.
*
Na szczęście następnego dnia miałem wolne. Ojciec zrobił mi kawę, która w połączeniu z jakimiś tabletkami pozwoliła zmniejszyć ból głowy i w końcu podnieść się z łóżka. Chociaż w zasadzie kompletnie nie wiedziałem po co. Była już pierwsza, a ja siedziałem w swoim pokoju znowu nie mogąc odpędzić natrętnych myśli. Knajpa u Grega była chyba jedynym miejscem, gdzie przynajmniej na jakiś czas można było się przed nimi schronić. Wstałem z łóżka stanowczo zbyt gwałtownie jak na stan mojej głowy. Pociemniało mi w oczach i zatoczyłem się na stolik. Spadła z niego książka. Schyliłem się już bardzo ostrożnie i podniosłem ją – „Aforyzmy, Seneka młodszy”.
Godzinę później byłem na London Road. Nie było całkiem jak w moim śnie. Drzwi do biblioteki skrzypiały jak diabli. Poza tym rzeczywiście, w środku była tylko ona. Patrzyła na mnie bez uśmiechu.
– Cześć, przyszedłem zwrócić książkę… nie wyciągnęła do mnie rąk, nie wyrosły z nich żadne pąki. To nie był żaden pieprzony sen tylko ponura rzeczywistość. Zapadła jakaś ciężka cisza.
– Słuchaj Julia. Pewnie nie chcesz mieć już ze mną nic wspólnego… To co się stało… Ja… Ta dziewczyna… Ona dawno już nie… Julia zależy mi na tobie. Nie wiem co bym dał, żeby cofnąć czas… Ja… – poczułem nagle, że to bez sensu. Jestem tylko pieprzonym osiłkiem, harującym w dokach, cholernym nieukiem przesiadującym w marnych knajpach. Co mi się w ogóle uroiło w tej głupiej głowie ?
– Przepraszam – odwróciłem się i ruszyłem ku drzwiom.
– Charlie – jej głos zatrzymał mnie kiedy naciskałem już klamkę.
– Czekaj wariacie, obiecałeś przecież zabrać mnie na Jamajkę.
Co mogę wam jeszcze powiedzieć ? Wiele się od tego czasu zmieniło. Przeczytałem parę książek – ale w końcu co w tym dziwnego, jeśli ma się dziewczynę z biblioteki… Polubiłem nawet jej ukochany Bee Gees i Gruby nie może ścierpieć, kiedy nucę sobie czasem pod nosem:
How deep is your love, how deep is your love
I really mean to learn
‚Cause we’re living in a world of fools
Breaking us down when they all should let us be
We belong to you and me
[i] Łać. – Jeśli chcesz być kochanym, kochaj.
[ii] Łać. – Życie jest walką.
[iii] Niezwykle popularna w II połowie lat 70-tych i w latach 80-tych aktorka i modelka amerykańska (m.in. rola w „Aniołkach Charliego”).
[iv] Sandrze chodziło oczywiście o Olivię Newton-John i musical „Grease”.