Budzik odezwał się punktualnie o 2:40. Dźwięk patetycznej melodii przeszył bębenki słuchowe Michała Kamińskiego i wdarł się w ciszę nadmorskiej plaży. Był pewien, że stała tam na piasku opromieniona słońcem, cała w tych swoich opadających na ramiona, zakrywających piersi rudych włosach. W różowym bikini z majteczkami zawiązanymi z boku w kokardki, w tych swoich uroczych piegach i z nieogolonymi nogami. Stała i uśmiechała się do niego eksponując wysunięte lekko do przodu trójki. A on – jak w jakimś filmie klasy B – miał za moment podejść, objąć ją i przytulić mocno. Ale zamiast jej rudych włosów miał teraz przed oczami zarysy wyłaniających się z mroku mebli, a zamiast szumu morskich fal dudnił mu w uszach nieznośny jazgot elektronicznej wersji „Cwału Walkirii”.
Michał po raz kolejny przeklął tanie linie lotnicze wyznaczające odloty o tak nieludzkiej porze. Kilka poprzedzających podróż dni było zawsze koszmarem. Pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia podsuwała mu wizje najbardziej wymyślnych kataklizmów mogących zepsuć urlop. Żeby się przed nimi zabezpieczyć zawsze sporządzał listę wymagających załatwienia spraw. Ta zwykle pęczniała tak, jakby kolejny wyjazd miał być ostatnim w życiu. Siedział z tą listą do późna w pracy starając się doprowadzić do końca wszystkie niedokończone projekty. Biegał z nią po sklepach, lekarzach i aptekach odhaczając pieczołowicie każdą zakupioną część garderoby, niezbędny gadżet i lek, aż w końcu zaczynała przypominać wypracowanie poprzekreślane ręką doprowadzonego do furii nauczyciela. Skreślenie ostatniego punktu przynosiło tylko chwilowy spokój. Zwiastowało bowiem nadejście ostatecznego wyzwania – trzeba było się w końcu spakować. Najtrudniejsze w tym było dokonywanie wyboru. Chodziło w gruncie rzeczy o to, by wszystkie możliwości były do końca otwarte. Tak jak w całym jego pięćdziesięcioletnim życiu. W walizce lądowały więc rzeczy bez których zapewne mógł się doskonale obejść, a pakowanie – mimo mocnego postanowienia poprawy – znowu trwało o wiele za długo. Wyczerpany, zdołał położyć się dopiero o północy.
Z lustra w łazience patrzył teraz na niego lekko zniszczony, ale mogący chyba uchodzić jeszcze za interesującego, facet w średnim wieku. Michał miał przynajmniej taką nadzieję odpowiadając na uśmiechy młodych adeptek sztuki prawniczej mijanych na korytarzach kancelarii. Był dumny z ciągle bujnych, młodzieńczo długich, przyprószonych nieco siwizną włosów. Wraz z kilkumilimetrowym siwym zarostem i okularami w modnej oprawie nadawały jego twarzy wygląd progresywnego intelektualisty. Całość w każdym razie miała wzbudzać w klientach wrażenie, że ich sprawy znajdują się w rękach nieprzeciętnego – do akceptowalnych rzecz jasna granic – i nad wyraz kompetentnego przedstawiciela prawniczej elity.
Wziął prysznic, ubrał się i zjadł szybkie śniadanie. Przedwyjazdowa adrenalina pomogła przezwyciężyć skutki niewyspania. Około 3:15 Michał uruchomił samochód i ruszył w kierunku Modlina ze świadomością, że nie przeoczył niczego. Jego analityczny umysł, tak pomocny w wykrywaniu pułapek czyhających w skomplikowanym świecie transakcji biznesowych, teraz nie był jednak jego sprzymierzeńcem. Samochodowa nawigacja informowała go wprawdzie, że będzie na miejscu dostatecznie wcześnie, ale uczucie niepokoju go nie opuszczało. Nie był z pewnością mistrzem pozytywnego myślenia. Wizja jakiejś niespodziewanej awarii samochodu, czy załadowanego po brzegi parkingu wzmagała wewnętrzne napięcie i wyzwalała co jakiś czas nieregularne bicie serca. Michał dociskał więc mocniej pedał gazu. Szybko przemknął przez puste miasto i wyjechał na dwupasmówkę. Z każdym przybliżającym go do lotniska kilometrem stopniowo się uspokajał. Parking długoterminowy okazał się być pełen wolnych miejsc.
*
– Jedź ze mną – powiedziała wtedy na plaży. Grzywka dwudziestopięcioletniego Michała była modnie nastroszona, uszy odsłonięte, a włosy z tyłu opadały na szyję. Zachwiał się lekko, kiedy rzuciła się na niego. Objął ją mocno i pocałował.
– Dzwoniłaś do mamy ?
– Tak. Dostałam tę wizę ! Chcę być tam z tobą Michał. Ciotka przyśle ci zaproszenie. Rozejrzymy się w tym Londynie, a potem pojedziemy do Irlandii ! – wyrzucała z siebie naładowana radosną energią.
To chyba zaczęło się od głosu Tomka Beksińskiego odprawiającego swoje misterium w „czwórce”. Najpierw była jego uduchowiona zapowiedź. Chwilę potem pokój Ani wypełnił nieziemski, majestatyczny damski głos, przenoszący ich w zupełnie inny wymiar. Dźwięki składały się w jakiś archaicznie brzmiący język, który współtworzył surowy i jednocześnie pociągający muzyczny klimat.
Imtheochaidh
soir is siar
A dtáinig ariamh an ghealach is an ghrian
Fol lol the doh, fol the day
Fol the doh, fol the day
Od tej chwili Clannad i Irlandia były religią. Michałowi udało się zdobyć na Skrze płytę „Magical Ring” i głos Moyi Brennan stał się nieodłącznym towarzyszem ich zimowych wieczorów. Pokój Ani w rodzinnym M3, był wtedy jak kapsuła czasu, w której zajęci sobą, orbitowali wśród setek podobnych pokoi ponurego blokowiska. Jasne, słuchali też Thin Lizzy podpalając jakieś zioło i kontemplując los Phila Lynotta. Był Van Morrison, U2. Ale tylko Clannad uchylał im bramy tajemniczego celtyckiego świata.
*
– Przepraszam, czy to kolejka do Belfastu ? – Korpulentna kobieta w obcisłych legginsach dotknęła ramienia zamyślonego Michała. Na jej różowych paznokciach mieniły się małe motylki. Obok stał jej brzuchaty mąż i sapał wsparty o uchwyt potężnej walizy. Michał skinął głową. Kłębiący się w hali odlotów tłum nieprzyjemnie go zaskoczył. Po szóstej, w krótkich odstępach czasu odlatywały aż trzy samoloty. Michał nie latał nigdy wcześniej z Modlina. Ba, nie latał nigdy wcześniej tanimi liniami. Obserwował teraz tych zmęczonych, wykuwających pracowicie swój los w obcym kraju ludzi, jak mieszkańców innej planety. Jego wzrok przykuła kobieta w mocno średnim wieku, o wyglądzie gorliwej słuchaczki Radia Maryja, do której tuliło się dwóch wnuków o czekoladowej skórze. Kobieta w legginsach z zasapanym mężem przyjechali z Giżycka. Dystans dziesięciu metrów wystarczył, by Michał posiadł ekspercką wiedzę o tym jak przetrwać mieszkając przy granicznym murze nieopodal protestanckiej Shankill Road. Po kolejnych pięciu metrach wiedział wszystko o naturze Irlandczyków.
– Oni niby tacy uprzejmi, ale w gruncie rzeczy fałszywi są. A pan gdzie mieszka ?
– W Warszawie – Michał lekko się speszył obnażając do reszty swą inność. – Jadę na urlop, właściwie to do Donegal w Republice Irlandii – powiedział niemal przepraszająco.
*
Donegal. Jedno z trzech hrabstw Ulsteru, które w 1922 roku oderwały się od Zjednoczonego Królestwa. Z Republiką łączy go na południu tylko wąski pasek lądu o szerokości zaledwie kilku mil. Od wschodu zaś, przez granicę z Irlandią Północną w drugiej połowie XX wieku przenikał potok gotowych na wszystko ludzi i ciągnących się za nimi porachunków. Kto wie ? Być może to właśnie separacja od irlandzkiej macierzy w warunkach doświadczanej tuż obok narodowej i religijnej opresji sprawiła, że w kilku parafiach Donegalu gaelicki przetrwał jako pierwszy język. Tam właśnie w Gweedore, we wsi Meenaleck lokalny muzyk Leo Brennan kupił w 1968 roku podupadły pub i zrobił z niego muzyczną knajpę. Sąsiedzi nie dawali temu interesowi nawet kilku miesięcy. Zwłaszcza, że po drugiej stronie ulicy prosperowała nieźle inna gospoda. Ale Leo przetrwał. W 1970 roku trójka jego dzieci razem z bliźniaczymi braćmi żony założyła zespół, który kilkanaście lat później w dalekiej Polsce usłyszeli w „czwórce” Ania i Michał.
W świecie bez internetu, do tego w Polsce lat 80-tych, zdobycie tych wszystkich informacji wymagało trochę zachodu. Ale dla nich nie było barier. Leżąc wtedy na plaży układali plan. Najpierw popracują trochę w knajpie u ciotki, odłożą trochę pieniędzy i nasycą się Londynem. Potem Dublin. Może uda się zaczepić w którymś z pubów. I wreszcie autostop do Donegal. Po drodze klify Moheru, Sligo. Na przywitanie z Donegalem klify Slieve League. Potem podążając na północ Wild Atlantic Way, której widokami zachwycili się w książce znalezionej w czytelni na Koszykowej, dotrą do Tawerny Leo w Meenaleck. Michałowi pozostało na początku października obronić pracę magisterską. Nic go właściwie w tym smutnym kraju nie trzymało. Nie chciał myśleć o przyszłości. Zresztą chyba nigdy dotąd nie musiał się zbytnio o nią troszczyć. Jego ojciec był znanym warszawskim adwokatem. Ania zaś, po studium policealnym zarabiała jakieś nędzne grosze jako specjalistka od kontaktów zagranicznych w jednym z PAN-owskich instytutów.
– Kocham cię wariacie – powiedziała, kiedy w końcu zdołali wyrównać oddech leżąc wtuleni w siebie w małym namiocie. Był już koniec sierpnia, ale noce późnego lata były ciągle nadspodziewanie ciepłe. Tak przynajmniej zapamiętał to Michał.
*
Międzynarodowe lotnisko w Belfaście trudno było nazwać imponującym. Odpowiadało chyba statusowi tej prowincji będącej nieco kłopotliwym reliktem brytyjskiej kolonialnej świetności. Michał odnalazł kantor firmy, w której zarezerwował samochód i dopełnił formalności. Nie chciał przepłacać, więc po mniej więcej dwudziestu minutach zajął miejsce za umieszczoną po prawej stronie kierownicą Seata Leon. Wyobrażając sobie podróż, tego momentu obawiał się najbardziej. Uważał się za dobrego kierowcę, ale nie do końca sobie ufał. Jego skłonność do komplikowania prostych spraw sprawiała, że w obliczu kompletnie nowych okoliczności dokonywał czasem dziwnych wyborów. Wcisnął przywieziony ze sobą uchwyt na smartfon w kratki otworu wentylacji. Włączył nawigację i uruchomił silnik. Lewą ręką wrzucił pierwszy bieg. Zwolnił sprzęgło, ale samochód nie ruszył. Powtórzył manewr. Teraz auto potoczyło się niezgrabnie może ze dwa metry, ale znów nie czuł nad nim kontroli. Poczuł się dokładnie jak wtedy, kiedy po raz pierwszy wyjeżdżał na warszawskie ulice, wyposażony w świeżo zdobyte prawo jazdy. Kątem oka sprawdził, czy facet wydający samochody przypadkiem go nie obserwuje. Jeśli tak, musiałby się poważnie zastanowić nad zasadnością wypuszczenia go z parkingu. Ochłonął trochę i zorientował się, że próbuje przecież startować z trójki. Udało mu się wrzucić wsteczny i skorygować pozycję auta. W końcu minął szlaban i wyjechał na lewy pas prowadzącej z lotniska szosy.
Przy pierwszym uformowanym w rondo skrzyżowaniu Michałowi mocniej zabiło serce. Zdał sobie sprawę, że nie przestudiował obowiązujących tu zasad pierwszeństwa przejazdu. Bezkolizyjne przejechanie kilku z nich dodało mu jednak pewności siebie. Odzyskał poczucie swobody, pozwalając sobie nawet momentami przyspieszyć w okolice 70 mil na godzinę. Jedynym drobiazgiem zakłócającym dobre samopoczucie był pojawiający się od czasu do czasu odgłos szorowania opon o pobocze. Wskazywał bowiem, że w jego podświadomości czai się strach, który każe mu trzymać się zbyt blisko lewej krawędzi jezdni. Czas szybko mijał. Nawigacja pokazywała, że za około pół godziny powinien dotrzeć do Derry. Stamtąd do granicy zostanie jakiś kwadrans. Potem najwyżej pół godziny i zamelduje się w Letterkenny.
*
– Dobrze się Michał zastanów ! – głos ojca nigdy dotąd nie brzmiał tak kategorycznie. – Są takie momenty w życiu, od których wszystko zależy. Los rzadko kiedy daje drugą szansę. – Sięgnął po złotą papierośnicę ozdobioną wygrawerowanymi literkami A.K. i wyjął dunhilla. Zaciągnął się i wrócił do swojej oracji, gestykulując momentami tak, jakby przemawiał na sali sądowej.
– Idą nowe czasy Michał. Ten system zaraz runie. Rząd już dogaduje się z opozycją i zaczyna liberalizować prawo gospodarcze. Trzeba będzie budować od nowa wszystko – instytucje, system podatkowy, rynek kapitałowy. Potrzebni będą ludzie którzy się na tym znają. Ten, kto pierwszy zapełni tę pustkę wygra los na loterii. Coś takiego zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. To tu – pokazał palcem szary warszawski krajobraz za oknem – jest teraz twoja przyszłość. Na pewno nie na zmywaku jakichś londyńskich knajp. Nawet kończąc tam studia nie będziesz miał takich możliwości, jakie zaraz otworzą się w tym kraju. Ona to przecież musi zrozumieć jeśli cię naprawdę kocha – rozłożył ręce by podkreślić znaczenie tych słów. – Nic wam przecież nie ucieknie. Odrzucenie propozycji stażu w kancelarii Wilanda jest najgorszą głupotą jaką możesz zrobić. Drugiej takiej nie dostaniesz. Nikt w Warszawie nie będzie cię już poważnie traktował. Nie zmarnuj sobie życia…synu.
Nie przyjęła tego dobrze. Wszystko poszło w tej rozmowie nie tak. Zawsze była pełna emocji, to właśnie w niej Michał tak kochał. Ale teraz, właśnie dlatego jego argumenty trafiały w próżnię. Wykrzykiwała przez łzy, że nie jest dla niego najważniejsza. Odpychała go, kiedy usiłował ją przytulić powtarzając, że nie ma racji, że ją kocha, że przecież robi to też dla ich przyszłości. Nie chciała go zrozumieć. Wyrósł między nimi jakiś niewidzialny mur.
Tego dnia bilet na samolot leżał na jego biurku. Michał w tajemnicy przed ojcem trzymał w szafie spakowany plecak. Nie chciał do końca zamykać żadnej furtki. Pragnął żeby ta chwila trwała w nieskończoność. Nie zerwali ze sobą, więc jego decyzja o niczym jeszcze nie przesądzała. Coś wewnątrz mówiło mu, że jego miejsce jest teraz przy niej. Cokolwiek miałoby się później wydarzyć. Wystarczyło chwycić słuchawkę, wykręcić jej numer. Potem zejść do salonu i powiedzieć ojcu. Ale nie zrobił tego. Ten moment w końcu minął. Ulżyło mu.
*
Z zamyślenia wyrwał go jakiś łomot. Dotarło do niego, że musiał w coś uderzyć. Słyszał wyraźnie jak jedno z przednich kół trze mocno o zawieszenie. Zjechał na chodnik i zatrzymał się już w niedozwolonej strefie przed skrzyżowaniem.
– Kurwa mać !!! – nie mógł uwierzyć w to co się stało – Kurwa mać !!! – Miasteczko nazywało się Dungiven. Wykrojony z kawałka szosy pas do parkowania zwęził w tym miejscu światło jezdni. Skoncentrował się na zachowaniu bezpiecznej odległości od mijającej go z prawej ciężarówki i jak ostatni frajer musiał odbić się od zaparkowanych po lewej samochodów. Wszystko przez to podświadome trzymanie się lewej strony. – Fuck !!! – Drżącymi dłońmi wydobył kwit z wypożyczalni. Musiał tam gdzieś być numer do assistance. Zaczął wbijać go w telefon ale bezskutecznie. Otworzył drzwi. Wgniecenia i zarysowania z boku nie były wcale duże. Lewe przednie koło dotykało jednak nienaturalnie powierzchni nakola. Nie ulegało wątpliwości, że auto nie nadawało się do dalszej jazdy. Westchnął i zrezygnowany ruszył w kierunku zaparkowanych w tyle samochodów. Jakieś dwadzieścia metrów dalej stała zbliżająca się do czterdziestki kobieta w papilotach. Jej ramiona okrywał ręcznik.
– Czy to… – zaczęła wskazując na pokiereszowane auto zaparkowane obok.
– Tak to ja… – przerwał jej Michał – Strasznie przepraszam, nie wiem jak mogło do tego dość. Moje auto jest z wypożyczalni, ale wszystkie papiery są w porządku. Jest ubezpieczone. Proszę bardzo… – Wyglądało na to, że jej auto jest unieruchomione mniej więcej w taki sposób jak jego. Uszkodzenia wyglądały podobnie. Powinna go teraz zmieszać z błotem. Był na to gotów.
– W końcu po to są ubezpieczenia, czyż nie ? – uśmiechnęła się. Zdecydowanie nie wyglądała na kogoś komu spadł na głowę nieoczekiwany kłopot. Bardziej niż stanem swojego samochodu wydawała się teraz zainteresowana stanem sprawcy.
– Are you OK ? Proszę, przejdźmy tutaj – wskazała na najbliższe drzwi. Michał spojrzał na nią z podziwem. Nie takiej reakcji się spodziewał.
Wszystko to było kompletnie surrealistyczne. Minęły może dwie godziny od wylądowania w Belfaście. Tyle wystarczyło, żeby spowodował kolizję i znalazł się w lokalnym damskim zakładzie fryzjerskim otoczony przypatrującymi mu się z zaciekawieniem kobietami w papilotach. Wyluzowana poszkodowana z mozołem przepisywała jego dane. Jakiś facet pytał po raz kolejny czy wszystko z nim w porządku i czy może nie chciałby napić się kawy. Ktoś pomógł mu połączyć się z assistance. Wokół rozbrzmiewał niepodrabialny irlandzki akcent i w innych okolicznościach Michał z pewnością bardziej doceniłby możliwość tak bliskiego smakowania klimatu północnoirlandzkiego miasteczka. W przebłysku zdrowego rozsądku wyszedł jeszcze na zewnętrz, żeby zrobić zdjęcia szkód. Teraz dopiero dostrzegł, że inny samochód zaparkowany po sąsiedzku ma przestawione lusterko. Kobieta wyszła za nim, żeby oddać kwit z wypożyczalni.
– Jeszcze raz najmocniej przepraszam. Kompletnie unieruchomiłem ci auto. Narobiłem kłopotu.
– To auto mojej koleżanki. Jest teraz w pracy. Moje stoi obok. – uśmiechnęła się.
*
Stracili się jakoś z oczu. Pisali do siebie przez jakiś czas, ale coś się między nimi popsuło. Ania znalazła stałą pracę, ściągnęła do siebie matkę. Listy przychodziły coraz rzadziej, aż w końcu przestały przychodzić w ogóle. Ojciec miał rację. Wkrótce przez kraj przetoczył się walec zmian. Kancelaria w której pracował Michał dobrze się do nich przygotowała. Byli rozchwytywani. Nawet wielkie zachodnie firmy prawnicze chciały koniecznie mieć ich na pokładzie. Michał piął się w hierarchii a jego bankowe konto puchło coraz bardziej.
Podczas swojej pierwszej służbowej podróży do Londynu odszukał pub ciotki Ani. Niestety, okazało się, że sprzedała go jakiejś sieci przed emeryturą. Nikt nie mógł podać mu jej adresu. Ostatni ślad mogący doprowadzić go do Ani się urwał.
Michał poznał inną kobietę. Ożenił się. Potem rozwiódł. Jak to w życiu.
W tym roku długo nie miał pomysłu na urlop. Aż do chwili, gdy przeglądając internetowe blogi, trafił na zdjęcia znajomo wyglądających klifów, a przed oczami stanęła mu rudowłosa dziewczyna z plaży.
*
Laweta zaparkowała przed baraczkiem firmy Avis na lotnisku w Derry. Wyszedł z niego nieco przysadzisty, łysy facet w okularach, ubrany w białą koszulę i urzędniczy krawat. Z marsowym wyrazem twarzy obejrzał zdejmowane z lawety auto i skinął ręka na Michała. Weszli do środka. Facet dokładnie przyjrzał się przekazanym przez Michała dokumentom, potem wstał i sięgnął po segregator umieszczony na najwyższej półce, by wyjąć z niego powypadkowy, ubezpieczeniowy formularz. Michał wpisał tam swoje dane. Zdał sobie sprawę, że jedyną informacją o właścicielach uszkodzonych przez niego samochodów są tablice rejestracyjne na zrobionych szczęśliwie zdjęciach.
– Mister Michael, musi pan wpisać teraz te uszkodzenia. Proszę się nie martwić, podyktuję panu. – Michał wytężył słuch.
– Wngg mrrrr..
– Excuse me ?
– Wngg mrrrr – powtórzył facet.
– Czy mógłby pan jeszcze raz powtórzyć ?
Facet skinął głową i nabrał powietrza w płuca.
– WNGG MRRRR !
Zrezygnowany Michał podsunął mu długopis i kartkę. Potem odczytał starannie wykaligrafowane dwa słowa wing mirror. No jasne – boczne lusterko. Rytuał ten powtórzył się co najmniej kilkanaście razy umożliwiając Michałowi dogłębne poznanie słownictwa motoryzacyjnego oraz meandrów irlandzkiego akcentu.
Kiedy wszystko było gotowe, łysol spiął dokumenty, włożył formularz w odpowiedni segregator i zrobił zafrasowaną minę.
– Look Mr. Michael, to nie jest nic osobistego. Naprawdę przykro mi to panu zakomunikować ale… firma Avis jest zmuszona zakończyć z panem współpracę. Oczywiście zwrócimy panu pieniądze za kolejne dni okresu wypożyczenia.
– Ale jak to ? Przecież ja nie mogę zostać bez samochodu. Nie możecie mi tego zrobić!
– Niestety, takie mamy przepisy. Gdyby w grę nie wchodziło uszkodzenie innych pojazdów, ale tak… – rozłożył bezradnie ręce.
– To co ja mam zrobić ?
– Widzi pan, tu obok są chłopcy z Hertza. Oni nie sa tacy mili jak ja, ale o… ten tu jest z nich najmilszy. Niech pan z nim pogada. Powiem, że to pan został stuknięty.
Miły chłopiec z Hertza, który musiał już przekroczyć pięćdziesiątkę, po wklepaniu wszystkich możliwości w komputer i kilkukrotnym podrapaniu się w głowę, zaoferował Michałowi podobnej klasy samochód za dwa razy wyższą cenę. Niestety, pozycja negocjacyjna Michała była bardzo słaba. Ostatecznie szczęście się jednak trochę do niego uśmiechnęło. Wyjeżdżał już wściekle czerwonym Peugeotem, gdy łysol z Avisu zabiegł mu drogę machając energicznie rękami. Jedna z opon okazała się flakiem. Kiedy w końcu opuszczał lotnisko w Derry szarym Volkswagenem Golfem pokrzepiała go mimo wszystko świadomość, że jest prawdopodobnie jednym z nielicznych ludzi, którzy w ciągu kilku godzin pobytu w Irlandii Północnej skasowali trzy i zdołali wypożyczyć dwa i pół samochodu w dwóch różnych firmach.
*
Ściemniało się już, kiedy przekroczył granicę Republiki. W ostatniej chwili uświadomił sobie, że ograniczenie prędkości do 60 dotyczy tu kilometrów, a nie mil. Zdjął nogę z gazu na tyle wcześnie, by stojący niedaleko patrol An Garda Síochána się nim nie zainteresował. Doświadczenia dzisiejszego dnia sprawiły, że za kierownicą zupełnie stracił pewność siebie. Prowadził spięty, zwalniając wyraźnie przy każdym mijanym z przeciwka samochodzie. Do tego drogi tutaj nie należały do najszerszych a lewa krawędź jezdni była dla niego jak nabity kolcami mur. Włączył radio. Było nastawione na jakąś stację nadającą hity z przeszłości.
Był już całkiem niedaleko Letterkenny, kiedy wypadł mu wciśnięty w klimatyzacyjny otwór uchwyt ze smartfonem, odcinając go od nawigacji. Zdołał się zatrzymać przy jakimś zjeździe na prywatną posesję i włączył światła awaryjne. Okolica była całkiem pusta. Telefon wpadł gdzieś w wąską przestrzeń. Żeby go wydostać wysiadł z samochodu i pochylił się nad siedzeniem. Zaabsorbowany nie zauważył, że tuż obok zatrzymał się jadący z przeciwka samochód. Szyba od strony pasażera uchyliła się.
– Wszystko w porządku ?
– Tak wszystko ok. Dziękuję bardzo.
– Na pewno nie potrzebuje Pan pomocy ? – Michał zamarł. Wydawało mu się, że dobrze zna ten głos, choć miał teraz nieco inną barwę i brzmiał w innym języku. Wyprostował się i zrobił krok w jego kierunku.
Zza szyby patrzyła na niego kobieta o rudych włosach, poprzetykanych z lekka siwizną. Ona też zmarszczyła brwi przyglądając mu się uważnie. Wyglądało jakby oboje chcieli coś powiedzieć, ale Michał zdołał tylko wyciągnąć rękę w jakimś bezsensownym geście.
– Kochanie spóźnimy się, nic mu nie jest. Szerokiej drogi ! – skinął siedzący obok niej kierowca. Samochód ruszył odprowadzany spojrzeniem znieruchomiałego Michała.
Z włączonego radia dobiegły go dźwięki majestatycznego utworu.
Imtheochaidh soir is siar
A dtainig ariamh An ghealach is an ghrian
Fol lol the doh fol the day
Fol the doh fol the da
Irlandia, kraj zielonych możliwości! Z pozdrowieniami dla autora 😉
PolubieniePolubienie